Zrządzenie losu no.2 – „Barwy motyla”

Pamiętam dokładnie, czym wtedy była dla mnie codzienność.

Były to nieustanne, kokieteryjne zaloty dnia i nocy, ich ukradkowe spojrzenia, niby przypadkowe trącenia ramionami, raz zapominane, niczym kamienie opadające na dno jeziora, to znów wynurzające się na powierzchnię; była to składająca jedynie obietnicę spełnienia bliskość skał wąwozu, ponad którym ja spacerowałem po linie, poszukując swego obrazu piękna. Czułem jednak, że gdybym je odnalazł, spaliłbym się w jego płomieniu. Bałem się tego, bałem się śmierci. Dlatego też wymyśliłem sobie życie zwyczajne i nijakie, obojętne jak suchy liść w lesie. Wierzcie mi, robiłem tysiąc niesamowitych rzeczy, lecz nigdy w rzeczywistości, w obawie przed tym, by prawda nie zniszczyła wytworów mojej wyobraźni.

Byłem nikim. Codziennie budziłem się o tej samej porze, dumny z siebie, bo zawsze na kilka minut przed tym, jak miał zadzwonić budzik. Tata mówił, że to duchy mnie budzą, lecz ja mu nie wierzyłem – czytał dużo książek, za dużo, i przez to opowiadał różne głupstwa.

  • Jedziesz dziś z Szymonem do szkoły? – tata często proponował mi robienie rzeczy, o których nawet nie myślałem. Nie pomagał mi w ten sposób. Potęgowało to tylko moją irracjonalną złość, rozdrażnienie powodowane wszelkimi wymyślonymi problemami.
  • Nie wiem – wzruszałem wtedy ramionami. Było mi to obojętne, zupełnie obojętne.

Jadłem śniadanie, patrząc przez okno na wstający ranek. Niewiele myślałem, nie potrzebowałem tego. Byłem, po prostu byłem, nic więcej – to trochę tak, jakby mnie nie było. Mama krzątała się wokół mnie, mówiła „smacznego” oraz „miłego dnia”, a ja jej odpowiadałem, jak papuga, nie zastanawiając się nad sensem tych słów. Zawoziła mnie do szkoły i przywoziła do domu, nie musiałem się o nic martwić. Nie rozróżniałem nawet, kiedy coś jest w porządku, a kiedy wręcz przeciwnie…a uczucia? Czym są uczucia?

Żyłem w bezmyślnym otępieniu, byłem głuchy i niemy, nie pragnąc niczego konkretnego. Dusiłem się tutejszym powietrzem, dostawałem czkawki od ciągłego przemierzania tych samych ulic, lecz, całe szczęście, potrafiłem ukrywać swoje uczucia, chować się w bezpiecznych ciemnościach nieświadomości. Byłem tylko stronicą wyrwaną z książki i rzuconą na wiatr. Miałem nadzieję, że to wszystko jest jedynie czymś przejściowym, krótką reklamą, którą trzeba znieść, by obejrzeć dobry film. A jeśli nie, mam przecież kilka prób, prawda? Prawda? Wszystko można naprawić. Muszę mieć kilka prób. Jako może być inaczej? Przecież nie mogę się spóźnić na własny pociąg. Nie mogę się spóźnić na samego siebie.

Wciąż na coś czekałem – ptak, który usiadł na rozstaju dróg. Stałem na pustyni i wołałem do Boga, by zesłał mi mannę z nieba.no2-1

Ratunkiem były dla mnie sobotnie wieczory. Każdego poniedziałku, gdy jechałem do szkoły, myślami byłem już przy piątku, kiedy to położę się spać i obudzę w tej wspaniałej krainie, jaką jest sobota, z jej euforycznym uniesieniem, ludźmi, muzyką i światłami, tymi wszystkimi, wydawałoby się, błahymi błyskotkami, które tak mnie zachwycały. Czułem się wtedy w pełni sobą, lecz trwało to krótko, bolało mnie, że muszę to oddać w ręce przeszłości. W niedzielę jeszcze żyłem sobotą, lecz poniedziałek zaczynał już trwające pięć dni tortury.

Moje życie toczyłoby się tak dalej, gdybym nie spotkał Mistrza.

Początek tej historii zawiera się w pewnej sobocie. Jak zwykle, drzwi naszego domu były otwarte, a próg przekraczali bliżsi i dalsi znajomi moich rodziców, z lekką zadyszką i roześmianymi oczami, zamieniając gwiazdy na lampy naszego salonu, wkraczając w ten czas rozmów i zabawy, odmierzany kieliszkami szampana. Byłem tam razem z nimi. Zaprzyjaźniłem się z pewną grupą studentów – właściwie to zaprzyjaźniłem się z nimi na nowo, bo robiłem to każdej soboty, tyle że tydzień później oni o mnie zapominali. Dlatego zdziwiłem się, gdy jeden z nich powiedział, że idą jutro na koncert do miasta. Zaprosili mnie, bym poszedł razem z nimi. Umówiliśmy się na spotkanie koło czwartej po południu przy fontannie.

  • Do jutra – odpowiedziałem im, gdy już odchodzili.

Następnego dnia stałem przy fontannie, kilkanaście minut przed czwartą.

Czekałem. O czwartej nikt nie przyszedł. Pośród wielu postaci próbowałem rozpoznać znajomych, lecz ich twarze były jednakowe, później zaś rozmywały się i przestawały cokolwiek znaczyć, rozdrażniając mnie tylko. Czekałem. Minęło pół godziny, lecz nadal nikt nie przychodził, tylko jakaś Cyganka chciała mi sprzedać różę, a włóczęga ofiarować tomik wierszy. Nic więcej. Jak tylko najdłużej mogłem, unikałem powiedzenia sobie prawdy.

Zostałem sam. Zacząłem więc włóczyć się bez celu uliczkami, odkrywając nieznane, obserwując, jak w miarę zapadania nocy rozpalają się latarnie. Nie miałem odwagi zapytać o drogę jakiegoś przechodnia, poprosić kogoś o pomoc. Po prostu nie potrafiłem tego zrobić. Chłód przenikał moje ciało, a ja coraz bardziej zagłębiałem się w tę ciemność, która doprowadziła mnie do cichej i jakby opustoszałej części miasta, gdzie wydawało się, że można usłyszeć nawet szept starych kamienic. Byłem już zmęczony wędrówką, pragnąłem gdzieś się schronić. Zziębnięty, na trzęsących się nogach, zapukałem do małych, niepozornych drzwi, na których ktoś zawiesił tabliczkę „Sklep ze starymi zabawkami”. Do tej pory nie wiem, dlaczego wybrałem tę, a nie inną kamienicę.

Czekałem chwilę, lecz nikt nie otwierał. Nacisnąłem klamkę. Okazało się, że drzwi były otwarte. Lekko je pchnąłem. Przede mną ciągnął się długi, ciemny korytarz, którego, niczym sędziwi strażnicy, strzegły regały pełne książek. Na jego końcu paliło się światło; miało w sobie jakieś ciepło, którego nie potrafię nazwać. Skrzypienie zamykanych drzwi zmąciło ciszę, a ja wykonałem pierwszy krok, by zbliżyć się do tego tajemniczego światła.

Tam właśnie poznałem Mistrza.

Siedział w bujanym fotelu, jedną ręką przytrzymując okulary, jakby zaraz miały mu spaść, drugą bawiąc się drewnianym pajacykiem – choć raczej nie, on się nim nie bawił, a uważnie obracał w dłoni, jakby badał jego fakturę, odkrywał przeszłość, poprzez swój dotyk czując wszystkie osoby, które kiedykolwiek dotykały tej zabawki. Mała lampka oświetlała jego postać, był on pochodnią wrzuconą w ten ocean ciemności. Nawet na mnie nie spojrzał, gdy wszedłem do pokoju.

  • Ach, to ty. Czekałem na ciebie. Wiedziałem, że prędzej czy później tu trafisz. – teraz dopiero spojrzał na mnie przenikliwym, sowim wzrokiem. Odłożył okulary i pajacyka, przeczesał palcami kępkę włosów, która jeszcze została na głowie i zaczął gładzić swoją siwą brodę.

Patrzyłem na niego zdumiony.

  • Ależ…ja się zgubiłem. Może pomylił mnie pan z kimś innym. – wydukałem.
  • Chłopcze, ty się właśnie odnalazłeś – uśmiechnął się brodaty właściciel sklepu. Intrygował mnie. Wiem, że powinienem opuścić tę kamienicę, nie powinno mnie tutaj być. Takie były zasady. – Pewnie jesteś zmęczony, co? – wzruszyłem ramionami. Pewne odruchy się nie zmieniają. – Na pewno, nie udawaj. Przygotowałem ci już łóżko. Sen dobrze ci zrobi, wierz mi. Chodź zaprowadzę cię. – zachęcał mnie swoim ciepłym, basowym głosem.

Powinienem był odmówić. Kategorycznie. Uczono mnie, by nie zadawać się z obcymi. Ale on…on nie był obcy. O nie, miałem wrażenie, że znałem go już wcześniej, że w jakiś tajemniczy sposób towarzyszył mi przez cały czas. Zdawało mi się, że znam go bardziej, niż kogokolwiek innego. Podreptałem więc za nim jak lunatyk, posłuszny podszeptom podświadomości. Zasnąłem zaraz po tym, jak położyłem się do łóżka.

Obudziłem się we własnym łóżku, punktualnie, o tej samej porze, co zawsze. Wyłączyłem budzik, lecz zamiast wstać, przetarłem oczy i jeszcze długo wpatrywałem się w sufit. To nie mógł być sen, oczywiście, że nie. Wszystko było zbyt prawdziwe. Postanowiłem, że poznam to po moich rodzicach. Na pewno będą musieli skomentować wczorajsze wydarzenia.

Śniadanie przebiegało jak najbardziej normalnie. Normalna kawa zbożowa, normalne płatki z mlekiem, normalne słońce za oknem i normalna rozmowa. Tylko ja byłem lekko odchylony od tej reguły, lecz nie dawałem po sobie niczego poznać.

Zaraz po śniadaniu pojechałem wraz z Szymonem do szkoły, lecz nie zatrzymałem się tam, gdzie mój przyjaciel – ruszyłem dalej, jak Odyseusz powracający do domu.

Tak naprawdę nie wiedziałem, dokąd mam iść. Miałem nadzieję, że otrzymam jakiś znak, lecz nic takiego się nie działo. Uznałem więc, że powinienem po prostu pójść. Powinienem się zagubić.

Nie wiem, czy moje miasto było piękne. Było ogromne, a przynajmniej tak mi się zdawało. Rozległe wzgórze porośnięte domami w kolorze ochry, plątanina uliczek, które raz wznosiły się, raz opadały, skręcając ze sobą w jeden, wielki sznur chaosu, sznur cienia i światła. Słoneczne place, gdzie słychać było śmiech i łamanie chleba, ciemne wnętrza kościołów, w których spali bezdomni. I ludzie, te tłumy ludzi, szarych, kolorowych, spieszących dokądś, sami nie wiedzą dokąd, z teczkami, bagietkami pod pachami, ci mistrzowie mimiki, których rozpoznać mogły tylko staruszki, rozchylające wyblakłe okiennice o siódmej nad ranem.

Zatrzymałem się pod platanem, chcąc odpocząć w jego cieniu. Usłyszałem śpiew ptaka, który siedział na jego gałęzi – śpiew wyjątkowy, jakby przeznaczony tylko dla mnie, śpiew, którym ptak pragnął nawiązać rozmowę z moim sercem. Zauważyłem, jak poderwał się z gałęzi, okrążył mnie pomknął przed siebie, dalej, wyżej, ponad zmęczone słońcem dachy. Wsiadłem ponownie na rower i jak zaczarowany podążyłem za smugą muzyki, którą za sobą zostawił. Ucichł gwar miasta, rozmowy w kawiarenkach, nawet szmer fontanny. Wsłuchiwałem się w śpiew ptaka i on mnie prowadził, tak jak natchnienie prowadzi rękę pisarza.

Dotarłem do drzwi z tabliczką „Sklep ze starymi zabawkami”. Ptak usiadł na klamce, popukał dziobem w drewno, a drzwi uchyliły się, pozwalając mu wlecieć do środka i zniknąć w wiecznym półmroku korytarza. Nogi sami mnie poprowadziły: właściciel sklepu siedział tam, gdzie wczoraj, na bujanym fotelu. Sprawiał wrażenie, jakby na mnie czekał.

  • Ach, jesteś już – westchnął z ulgą, po czym znów zmarszczył brwi. Nieustannie poruszał brwiami. – Jesteś na czas. To dobrze. – tajemniczy potok słów leniwie wypływał z jego ust, a one przenikały do mojego serca, obejmując je dłońmi. Czułem, jakby każde wypowiedziane przez niego zdanie wykraczało poza swoje znaczenie, nabrzmiewało, rozpływało się, poszerzało swoje granice. Byłem osaczony przez słowa, których nie rozumiałem.
  • Ale…ja tylko… – moje słowa połknęła cisza, zdławiło je onieśmielenie. Zdołałem tylko zapytać. – Kim pan jest?
  • Ciekawe pytanie. A ty kim jesteś? – spojrzał na mnie badawczo.

Milczałem. Nie miałem nic do powiedzenia.

  • Różnie mnie nazywają – kontynuował. – Mam wiele imion, znam wiele imion. Znam również twoje. Mogę nawet powiedzieć, że znam je lepiej od ciebie. – wstał z fotela, rozcierając dłonie. Stanął naprzeciw mnie. Przy nim czułem się pustą kartką, której dopiero on mógł nadać znaczenie. Dziwne uczucie. – Chodź za mną. Pokażę ci coś.

Podłoga skrzypiała pod naszymi stopami. Szedłem prawie po omacku, starając się nie postawić fałszywego kroku. Okiennice były ledwo uchylone, wpuszczały do środka jedynie wątłe smugi światła. W powietrzu unosił się kurz i zapach przeszłości. Zapach tajemnicy.

Zaprowadził mnie do wielkiej sali, gdzie regały sięgały sufitu i dopiero tam otworzył okna. Wlał się przez nie blask słońca, odsłaniając setki starych zabawek, lalek, samochodzików, drewnianych domków, kart do gry. Niektóre były połamane, podarte, wyblakłe, inne wyglądały jak nowe. Stanąłem, próbując ogarnąć wzrokiem ogrom przeszłości, której skarbiec miałem przed sobą. Zabawki zawsze istniały, od początku, dawno temu i teraz, w dzieciństwie i w dorosłości. Nie chodzi mi o to, że to miejsce wyzwalało we mnie chęć zabawy. Nie, chodziło o coś zupełnie innego. Czułem jakiś związek między sobą, między nami wszystkimi, a tymi zabawkami. Możliwe, że nie służyły one tylko do zabawy, a do czegoś więcej. To tak, jakbym ujrzał początek świata. Odwróciłem się do Mistrza, lecz jego tam nie było: zniknął, tak jak tęcza znika z nieba.

Wtedy po raz pierwszy tak go nazwałem. Nadałem mu imię. I poczułem, jakbym przy jego narodzinach odnalazł również nutę swojego imienia.

Nie szukałem go. Wiedziałem, że gdzieś tu jest, dlatego musiałem go szukać. Napełniał mnie przedziwny spokój, a zarazem ciekawość, nienazwany głód uwalniający się z kajdan. Czułem, jakbym się przeobrażał, tak jak larwa przeobraża się w motyla. W tej jednej chwili odnalazłem w sobie nie tylko siebie.

Zacząłem przechadzać się pośród regałów z zabawkami. Nie były one równo ułożone, raczej leżały rozrzucone, w chaosie, jedna łączyła się z drugą, splatały się ich połamane ramiona i ulotne historie. Zatrzymywałem się, poznając szczegóły każdej z nich, jak Mistrz, kiedy po raz pierwszy go spotkałem, gładząc je palcami, odkrywając w ten sposób delikatną fakturę ich drobnych ciał. Zagłębiałem się w przeszłość, tę kolejną iluzję, której już stałem się udziałem – balansowałem na kładce pomiędzy dwoma światami i dopiero migotliwa ciemność, która rozpełzła się po ziemi, uspokoiła trzepot skrzydeł mojej duszy i w ramionach zaniosła mnie do domu.

no2-2

Od tego czasu codziennie zaglądałem do sklepu. Zaraz po lekcjach jechałem rowerem do domu, by zjeść obiad, a potem znów pędziłem do miasta, przez kurz polnych dróg i zapach lawendy, wśród cykad śpiewających na drzewach oliwnych pod prażącym słońcem. Nikomu jednak nie zdradzałem mojego sekretu.

  • Może czas powrócić do rzeczywistości? – zachęcała mama, która mogła tylko domyślać się, co robiłem.
  • Mam już dość rzeczywistości, nie potrzebuję jej – odpowiadałem wtedy.

Obietnica życia rosła we mnie już od dawna i wreszcie nadszedł czas, by przepięknie rozkwitła, przyszedł czas życia, nie czas śmierci. Dotąd byłem duchem, bałem się tego płomienia, teraz pragnąłem w nim spłonąć, by moje iskry posypały się na ziemię, a dym wzleciał ku niebu. Och, Boże, oby już nigdy ta mgła, okropna, nijaka, obojętna mgła nie zajęła mojego miejsca.

W sklepie ze starymi zabawkami odnalazłem światło i zacząłem się nim karmić. Nie chodzi mi jednak o zabawki: one wszystkie były martwe, choć przenosiły w sobie przeszłość, nie miały już siły zmieniania świata. To Mistrz był moim światłem.

Gdy przychodziłem, on zazwyczaj siedział w bujanym fotelu, czytając jakąś książkę. Witał mnie tym swoim nieodgadnionym spojrzeniem, czasem rzucając parę słów, a gdy wieczorem wychodziłem, on żegnał mnie zwykłym „do zobaczenia” i życzył mi dobrej nocy. Dawało mi to poczucie bezpieczeństwa i nieskończoności, tak jakby uroda dnia dzisiejszego miała nigdy nie minąć. Ciepły, czasem drżący głos Mistrza obdarzał mnie wiarą i nadzieją, choć nigdy mu tego nie powiedziałem.

Zacząłem spacerować między regałami i w ten sposób odkrywać korytarze, o których istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia. Błądziłem między starymi ścianami, z których zwisały pajęczyny, zaglądałem do pokoi, w których unosił się kurz, by dotykać zardzewiałych kluczy, podnosić z podłogi porozrzucane kartki papieru, odsłaniać zakryte prześcieradłami lustra. Kamienica, w której mieścił się sklep, była o wiele większa, niż mogłoby się zdawać. Przypominała opuszczony zamek, którego historia odżywa na nowo pod ciepłem naszych palców. Zamek, po którego korytarzach tułał się Mistrz, przedzierając się przez ciemny gąszcz w kierunku światła, znikając tylko po to, by pojawić się w czyjejś wyobraźni, już odnaleziony i rozpoznany, już z nadanym imieniem.

Pewnego dnia, gdy przyszedłem do sklepu ze starymi zabawkami, nie skierowałem się korytarzem w głąb budynku, a zostałem wraz z Mistrzem, siadając w fotelu obok niego. Tak właśnie zaczęły się nasze rozmowy. Początkowo były to nieśmiałe wymiany krótkich zdań, oswajanie słów, poznawanie ich mocy, co później przerodziło się we wspólną wędrówkę ku prawdzie.

  • Wiesz, że zawsze byłem blisko ciebie, lecz nie potrafiłeś mnie dostrzec. Za każdym razem, gdy przeglądałeś się w lustrze, ja również tam byłem. W twoim lustrze i w wielu innych. Czasem tak mało widzimy… – mawiał.

Patrzył na mnie i oddychał głęboko, jak po wielkim wysiłku. Nic mu nie odpowiadałem, nie musiałem mu nic odpowiadać. Po chwili ciszy włączał radio, a z głośników zaczynała płynąć muzyka klasyczna, która jakby zatrzymywała ten moment, zamrażała go i delikatnie przenosiła do albumu wiecznych fotografii.

Wciąż jednak nie wiedziałem, kim on jest. Pragnąłem spędzać całe godziny, rozmawiając z nim i poznając go, lecz po kilku dniach przekonałem się, że prawda o jego istnieniu jest nieosiągalna – to płomień, która ma tylko wskazywać drogę. Czułem, jak wzrasta we mnie pragnienie zdobycia tego płomienia, przygarnięcia go, lecz Mistrz również to wyczuł i wycofał się w głąb siebie, jakby się bał, że przy rozpoznaniu wszystkie jego moce mogą się rozpłynąć w powietrzu.

  • Nie przychodź tu więcej. Musisz pójść dalej. – powiedział mi pewnego razu, nie wyjaśniając niczego więcej. Nie potrafiłem się mu sprzeciwić. Czułem, jakby zakradł się do mojego serca i przez chwilę przejął nad nim kontrolę.

Mistrz otworzył drzwi i patrzył jak się oddalam, roztapiam w blasku słońca i szumie liści, znikam za rogiem kamienicy.

Przyszedłem tu następnego dnia, lecz antykwariat był pusty. Nie było tu żywej duszy. Posiedziałem tu chwilę, potem wyszedłem na zewnątrz. Wiatr uderzył mnie w twarz, przynosząc świeży zapach ziół. Rozejrzałem się dokoła tak, jakbym przeglądał się w lustrze, po raz pierwszy i ostatni, będąc naraz tutaj i w przeszłości, by w pełni wszystko docenić. I zrozumiałem słowa Mistrza.

Powróciłem do świata i zacząłem żyć pełnią życia. Coś się we mnie odmieniło. Czułem, że to wszystko ma sens, że każdy z nas dokądś zmierza, choćby do sklepu ze starymi zabawkami. Byłem sobą. Moje życie sięgało nieba, ale czułem równocześnie pewien niedosyt. Wkrótce więc powróciłem do sklepu ze starymi zabawkami, jak dziecko zawsze powracające do swojej matki.

Gdy otworzyłem drzwi, po raz pierwszy powitało mnie światło. Zobaczyłem w nim dziewczynę: stała tam odwrócona, w sukni w kwiaty. Czułem, że ma ona moc obdarowywania szczęściem lub nieszczęściem, moc zmieniania życia, nadawania mu sensu. Mieszkały w niej cierpienia i rozterki, ale także radości nas wszystkich. Usłyszałem jej głos, słodki i czysty jak śpiew słowika.

  • Czekałam na ciebie – powiedziała. – Pewnie szukasz Mistrza. Opiekuję się nim, jest trochę chory. Mówi, że coś go wzywa, jakaś muzyka, jakby brzęczenie cykad…Ale nie martw się, wszystko będzie w porządku. – nadal nie widziałem jej twarzy.

Pamiętam tylko, że jej obraz zaczął się rozmywać, wzrok zachodził mi mgłą, a wszystkie zabawki zgromadzone w sklepie zlewały się w jedno. Pamiętam też, że zakręciło mi się w głowie, ujrzałem mnóstwo scen z życia przeskakujących mi przed oczami, poczułem wszechogarniające ciepło i miękko opadłem w otchłań bieli.

Obudziłem się w szpitalu. Usłyszałem swoje imię i zobaczyłem nad sobą zatroskaną twarz mamy. Potrafiłem ją rozpoznać, lecz jej twarz była niewyraźna – bałem się, że może zaraz zniknąć.

  • Słyszałeś, co mówił lekarz? – pokręciłem głową, a ona zacisnęła usta, dostrzegłem cierpienie na jej twarzy. – Będziesz musiał nosić grube okulary, ale…i tak…będziesz widział coraz słabiej. To…nie wiem…czasem po prostu się zdarza. Bo na koniec…za parę miesięcy, a może i za parę tygodni zupełnie stracisz wzrok. I… – nie dokończyła ostatniego zdania, tylko złapała mnie za dłoń i rozpłakała się, mocząc łzami pościel, w której leżałem.

Zamknąłem oczy i pogrążyłem się w ciemności. Następnie przypomniałem sobie wnętrze pokoju szpitalnego, zacząłem je sobie wyobrażać i gdy ponownie otworzyłem oczy, zobaczyłem ten sam obraz, który jawił mi się w wyobraźni. Nie chciałem o tym myśleć. Nie, nie, nie, nie mogłem oślepnąć. To się tak po prostu nie zdarza. Nie mi…dlaczego ja? A Mistrz? A ona, Księżniczka, której twarzy nie zdążyłem ujrzeć? Co się z nimi stanie, czy znikną całkowicie? To niemożliwe. Nie oślepnę…będę ślepy. Tak, będę ślepy. Powtórz to jeszcze raz, śmiało: będę ślepy. Te słowa powracały do mnie i wbijały się w ciało z chłodem lśniących sztyletów. Ile w życiu zobaczyłem? Czy to było naprawdę ważne? Czy to zapamiętam, czy mi to starczy? Co jeszcze chciałbym zobaczyć, nim… Poczułem, jak strach paraliżuje mi ciało. Przyszłość mnie przerażała, chciałem istnieć tylko teraz, w bezpiecznej teraźniejszości. Wielka kula podchodziła mi do gardła, lecz starałem się ją zignorować, to było przecież nieważne tak nieważne… By się uspokoić, powracałem myślami do Mistrza. Był moim światłem. Pragnąłem się z nim spotkać, porozmawiać, lecz im więcej o tym myślałem, tym bardziej uświadamiałem sobie, że chodzi mi nie tylko o Mistrza, który już nie był sam: była z nim Księżniczka, razem stanowili nierozerwalną parę, byli dla mnie Słońcem i Księżycem. Pragnąłem ich jeszcze raz spotkać, tak, pragnąłem tego ze wszystkich sił.

Ostatniego dnia, który miałem spędzić w szpitalu, tata przyszedł do mojego pokoju i usiadł na krześle przy łóżku.

  • Jutro już będziemy w domu – powiedział, najwyraźniej chcąc mnie pocieszyć. – I…chciałem zapytać…czy jest coś, co możemy dla ciebie zrobić? Czy chciałbyś coś jeszcze zobaczyć? Myślałem też…gdybyś mógł wybierać, jaki obraz zobaczysz jako ostatni, czy wiesz już, co chciałbyś zobaczyć?
  • Chciałbym jeszcze raz spotkać Mistrza i Księżniczkę – odparłem, a gdy tata przybrał zdziwiony wyraz twarzy, wyjaśniłem mu, kim są te postacie.

Następnego dnia nie pozwoliłem jednak, by ktokolwiek towarzyszył mi w drodze do sklepu ze starymi zabawkami. Szedłem tam samotnie, a ptaszek, który prowadził mnie swoją pieśnią za pierwszym razem, prowadził mnie i teraz. Dotarłem do kamienicy, którą tak dobrze poznałem i otworzyłem jej drzwi.

Sklep całkowicie opustoszał.

Nie było w nim śladu po starych zabawkach, Mistrz i Księżniczka nie pozostawili po sobie też żadnych przedmiotów, które mogłyby potwierdzić, że kiedykolwiek tutaj byli. Na progu leżał jedynie tomik wierszy i róża. Podniosłem je i ponownie wyszedłem na ulicę. Zauważyłem, że przygląda mi się jakaś kobieta z sąsiedztwa, więc podszedłem do niej, chcąc zasięgnąć trochę informacji.

  • Czy widziała pani, kiedy pani sąsiedzi opuścili ten dom? – zapytałem.

Spojrzała na mnie jak na wariata.

  • Jakieś parę lat temu. Od dawna nikt tu nie mieszka. – odpowiedziała pewnym tonem.
  • Ale…przecież byłem tutaj zaledwie tydzień wcześniej i…
  • Nikt tu nie mieszka, chłopcze. Wybacz, ale z tego, co wiem, nikogo w środku nie mogłeś spotkać.

Nie wierzyłem jej. Podziękowałem za informację i poszedłem dalej ulicą, samotny ze swoją rzeczywistością i ze swoją wyobraźnią.

Miałem sobie wiele za złe. Czułem, że coś powinienem był zrobić, a tego nie zrobiłem. Coś mnie ominęło, coś przeoczyłem. Byłem zbyt pewny, że zawsze będzie czas, że nigdy nie będzie za późno. Nie powiedziałem Mistrzowi, jak bardzo jest dla mnie ważny, nie poznałem też Księżniczki. Wiedziałem, że to się już nie powtórzy, ale pragnąłem to teraz naprawić, iść naprzód, z nadzieją, że moja wiara się urzeczywistni.

Trzymałem w dłoniach tego gołębia łudząc się, że nigdy nie odfrunie. Teraz usiłowałem uwierzyć, że przyzwyczaił się do mnie na tyle, iż zaraz wróci.

Usiadłem na ławce w parku i otworzyłem tomik wierszy, przesiąknięty zapachem róży. Zacząłem czytać, przeczytałem wszystkie wiersze. I gdy skończyłem, wiedziałem już, co mam robić.

Mistrz i Księżniczka wyruszyli w podróż. Nie mogli odejść daleko. Czułem, że muszę podążyć ich śladami, postawić wszystko na jedną kartę, bo inaczej to stracę. Pragnąłem podjąć decyzję, jakąkolwiek, złą lub dobrą, byleby przestać się wahać i wreszcie ją podjąć, uwierzyć. Porozmawiałem z rodzicami i przyjaciółmi, przekonałem ich. Nie miałem zbyt wiele czasu: z każdą chwilą ślepłem. Gdy nadszedł maj, wyruszyłem więc w drogę, by odnaleźć swój ostatni obraz.

I cały czas tak wędruję, mijam winnice, odpoczywam pod drzewami oliwnymi. Błąkam się od miasta do miasta, spotykając różnych ludzi, pisząc dla nich wiersze i zbierając przyjacielskie uściski dłoni. Cały czas tak wędruję, w poszukiwaniu Mistrza i Księżniczki, wierząc, wierząc święcie, że spotkam ich na drodze i rozpoznam, a tomik wierszy objawi mi poezję, róża zakwitnie dla mnie miłością.

Mikołaj Wyrzykowski

(Nico Cigale)

Ciąg dalszy nastąpi

no2-3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *