Zrządzenie losu no.3

1 lipca

To opowiadanie wypłynęło ze mnie – po prostu wyrzuciłem je z siebie, tak jak morze wyrzuca na plażę przeróżne rzeczy, które wcześniej kryło w swoim wnętrzu. Jest to historia, której przeżycie zajęło mi cały rok, a pisać ją skończyłem, będąc już w podróży. Wszystko jest prawdziwe. Nie mogło być inaczej. Ale to wciąż raczej opowiadania piszą mnie, niż ja piszę opowiadania. Możliwe, że notatnik, który właśnie czytacie, zawiera w sobie więcej mnie, niż ja sam siebie. Ale mniejsza o to.

W każdym razie, oderwałem się od laptopa, gdy przekraczaliśmy granicę niemiecką. Nie lubię pisać na komputerze, ale nie miałem żadnego wyboru: z notatnika z pewnością niczego bym się nie doczytał, a maszyna do pisania była zbyt ciężka, by zabierać ją na wyprawę. Przynajmniej tak twierdził Robert. Ja w ostatniej chwili zapakowałem ją do samochodu, by wykorzystać, gdy zatrzymamy się na dłużej w jakimś miejscu.

  • Comment ca va, nasz mały pisarzu? – Julia odwróciła się do mnie z uśmiechem, trzymając w dłoniach podręcznik do nauki francuskiego. Znałem ją na tyle, by wierzyć, że do czasu przyjazdu do Francji jest w stanie nauczyć się tego języka. Ja na razie tego nie próbowałem. – Mogę przeczytać opowiadanie?
  • Potem. Poczekaj trochę. – odparłem.
  • Czekaj, czekaj…ciągle czekaj. – wyciągnęła z kieszeni telefon i nagle się ożywiła, jakby przez jej ciało przebiegł impuls elektryczny. – Muszę sobie z tobą zrobić zdjęcie. Uwierz, Karol, jeśli kiedyś będziesz sławny, to ja będę miała dowód, że kiedyś cię znałam! Albo jeśli ja będę sławna, wtedy ty będziesz miał dowód, że mnie znałeś. – przysunęła się do mnie i usłyszałem dźwięk robionego zdjęcia. Zaraz wróciła na swoje miejsce i zaczęła przesuwać palcem po ekranie telefonu, by wstawić zdjęcie na facebooka.WP_20140701_011

Była od tego uzależniona. Bez przerwy sprawdzała powiadomienia, wstawiała zdjęcia, pisała ze znajomymi, których nigdy nie spotkała w rzeczywistości. Nie mogłaby żyć bez telefonu. Miałem wrażenie, że w połowie jest z nami, a jej druga połowa ucieka gdzieś w wirtualny świat.

Sam zresztą czułem się podobnie. Nie jeśli chodzi o Internet – do tego zupełnie mnie nie ciągnęło. Ale jakaś moja część została w Toruniu, mówiłem sobie, że to cały mój świat i miałem chęć jak najszybciej tam wrócić. Ogromnie cieszyłem się z podróży, oczywiście, byłem szczęśliwy, ale…rozumiecie, zawsze chciałem być w paru miejscach naraz, zawsze miałem wrażenie, że brakuje mnie tam, gdzie mnie nie ma. Trochę to głupie. Wydaje mi się, że niepotrzebnie budujemy wokół siebie skomplikowane labirynty. Spojrzałem na przesuwający się za oknem krajobraz i pomyślałem następnie, że to może właśnie podróż pozwala na uwolnienie się z takiego labiryntu.

  • Jak tam, ile jeszcze nam zostało? – rzuciłem do Roberta, który prowadził samochód.
  • Szmat drogi – odpowiedział. – Szkoda gadać.

Od początku był jakiś nachmurzony. To znaczy, na początku wszyscy oczywiście strasznie się cieszyliśmy, że wreszcie wyruszamy, śpiewaliśmy piosenki i rozmawialiśmy podnieconymi głosami, wyobrażając sobie, jak może wyglądać Francja. Później ten ogień się uspokoił, a teraz prawie przygasał. Cała nasza trójka wydawała się zmęczona i znudzona. Zwłaszcza Robert.

Prawda była taka, że stracił pracę, i wcale mu się nie dziwię, że był teraz zły. Sam pewnie czułbym się podobnie. Kiedy dopadał go zły humor, potrafił godzinami narzekać na swoją sytuację. Zwykł mawiać, że za dawnych lat było lepiej, a w innym kraju to już na pewno byłby kimś wielkim. Całe szczęście, na razie nie miałem takich problemów.

Próbowałem skupić się na tym, co tu i teraz. Miałem ochotę zasnąć, lecz organizm mi na to nie pozwalał. Pozostało mi tylko czekać końca drogi. Im bardziej oddalałem się od domu, tym więcej myśli ulatywało z mojej głowy, jak motyle, które właśnie wychodziły z kokonów – zostawiałem je za sobą z wrażeniem, jakbym dzięki temu rodził się na nowo.

DSC_4543-1

Dotarliśmy do Strasbourga późnym wieczorem. Julia miała tutaj przyjaciółkę imieniem Florence i z radością wyskoczyła z samochodu, by się z nią przywitać. Wraz z Robertem wysiedliśmy powoli, nogi odmawiały nam posłuszeństwa po długiej podróży.

  • Aller, aller – zawołała do nas Florence. – Chodźcie, przygotowałam dla was kolację.

Każde z nas wzięło torbę z niezbędnymi rzeczami i pośród muzyki skrzypiących schodów wspięliśmy się na najwyższe, tonące w ciemności piętro kamienicy. Florence zapaliła światło i wtedy dopiero w pełni ją ujrzałem – jej długie, rude włosy, piegi na twarzy i niezwykłe oczy, takie, które zobaczyć można tylko w snach. Zdecydowanym ruchem otworzyła drzwi i weszła do mieszkania.

Telewizor był włączony i jego niebieskawa poświata zalewała salon. Dostrzegłem kilka obrazów, drewnianych słoni i masek, które musiały pochodzić ze wspominanych przez Julię podróży jej przyjaciółki do Peru i Nepalu. Czułem się trochę nieswojo w towarzystwie tych przedmiotów, toteż z radością dałem zaprowadzić się Florence wprost do kuchni.

  • Usiądźcie, a ja otworzę wino – powiedziała gospodyni, ponownie zawracając do salonu. Usłyszałem, jak wyłącza telewizor.

Na stole leżał talerz sushi i drewniane pałeczki, by nakładać je na swoje talerze. Popatrzyłem po twarzach przyjaciół – rozjaśniły się, przygnębienie i znudzenie podróżą rozpłynęło się niczym mgła, zniknęło, nie pozostawiając po sobie śladu. Usiedliśmy, czekając na Florence. Byłem bardzo głodny. Mój Boże, nawet nie macie pojęcia, jak byłem wtedy głodny.

Po chwili przyszła Florence i usiadła razem z nami. Uśmiechnęła się szeroko w sposób, jakby składała obietnicę szczęścia. Z początku ciężko nam się rozmawiało, jedynie Julia potrafiła się jakoś porozumieć, żywo gestykulując i używając francuskiego mieszanego z angielskim, lecz później Robert niespodziewanie ujawnił swoje zdolności kontaktowe, mi również udało się przełamać barierę językową. Rozmawialiśmy w trzech lub czterech językach, teraz już nie pamiętam dokładnie.

Usiedliśmy na kanapie, a Florence przyniosła bagietkę, kilka rodzajów sera rozłożonych na dużym talerzu, i otworzyła butelkę czerwonego wina.

  • Wciąż jestem aktorką – powiedziała, gdy zapytaliśmy jej, co robi. – Gram w Comedie de Reims. Różne rzeczy. Najchętniej role smutne, tragiczne…zresztą, jestem aktorką, więc nie gram tylko w teatrze. Gram cały czas. – pochyliła się nad stołem i wyszeptała konspiracyjnie. – Zdradzić wam pewną tajemnicę?

Julia kiwnęła głową, a ja z Robertem zrobiłem to samo, w porę orientując się, o co chodzi.

  • Nie – Florence gwałtownie się odsunęła, niczym kot zwężając źrenice. – Nie jesteście jeszcze gotowi.

Chciałem jej zapytać, kiedy będziemy gotowi, ale po chwili uznałem, że to głupie pytanie, a nawet gdybym uznał je za mądre, i tak nie wiedziałbym, jak je sformułować po francusku.

Dowiedziałem się, że Florence spędza początek lipca w Strasbourgu, gdyż nie lubi Reims. To duże i szare miasto: jedyne, co można w nim polubić, to teatr i szampan, jak sama mówiła.. Gdy jednak powiedzieliśmy jej, że zamierzamy się tam na jakiś czas zatrzymać, stwierdziła, że właściwie może pojechać razem z nami, bo chciałaby odwiedzić paru znajomych, nim wyruszy na festiwal teatralny do Avignon.

Minęła północ, a my wciąż siedzieliśmy przy bagietce, serach i czerwonym winie. Florence włożyła do odtwarzacza płytę Lany del Rey, opowiadając, jak to udało jej się spotkać ją osobiście i chwilę porozmawiać: w dowód pokazała nam podpis piosenkarki. Przy muzyce opowiadaliśmy sobie nawzajem przygody, które niegdyś były naszym udziałem, i rozmawialiśmy o literaturze, podróżach i spotykanych podczas nich ludziach, aż wreszcie zaczęliśmy snuć nieprawdopodobne wizje przyszłości, tak jakbyśmy mogli zbudować świat od nowa albo zmienić go za pomocą słów. Czułem, jak coraz bardziej oddalam się od rzeczywistości, a przedmioty w salonie zaczynają zatracać swoje kształty, powiększać się i falować, podobnie do mnie tracąc poczucie własnego jestestwa.

Florence zauważyła, że zaczynamy być nie do końca świadomi słów, które wypowiadamy, wstała więc i poprowadziła nas pustym i zatopionym w ciemności korytarzem do małego pokoju, w którym mogliśmy odpocząć po podróży.

  • Bon nuit – powiedziała cicho, a jej szept zdawał się dochodzić do mnie z innej, już bardzo dalekiej krainy.

Padałem ze zmęczenia, nim jednak się położyłem, otworzyłem okno na oścież, wyglądając na podwórze. W niektórych oknach jeszcze paliło się światło, widziałem przesuwające się w środku sylwetki ludzi. Ulicą czasem przejechał jakiś zagubiony samochód, miauknął kot-włóczęga ukryty pod kartonowym dachem. Głośno wypuściłem powietrze z płuc.

Pomyślałem o drodze, którą przebyłem, moich nadziejach i wszystkich słowach, których nie wypowiadamy, pomyślałem o Florence, jej teatrze i sekrecie, który chciała nam powierzyć i jeszcze nim zamknąłem okno, wraz z powiewem nocnego wiatru niczym złodziej ukradłem światu jedną myśl, by jako opowiadanie zamieszkała w mojej głowie.

Mikołaj Wyrzykowski

Ciąg dalszy nastąpi

WP_20140703_003

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *