Zrządzenie losu no.5 Strasbourg

2 lipca

Rano Robert obudził się, jęcząc z powodu strasznego bólu brzucha. Ledwo doczłapał się do kuchni, a Florence, właśnie parząc jedną ze swoich dziwacznych herbat, spojrzała na niego, kręcąc głową.

  • Oh la la! – wykrzyknęła, wciąż kręcąc głową. – Ale nie martw się, ja już cię wyleczę.

Razem z Julią powiedzieliśmy, że zostaniemy i zaopiekujemy się naszym przyjacielem, ale ona była uparta i zagroziła, że wyrzuci nas za drzwi, jeśli sami nie będziemy chcieli przejść się uliczkami Strasbourga, bo ona sama wie lepiej, jak zająć się Robertem. Obiecała, że jeśli wrócimy po południu, wszystko będzie już w porządku. Zastanawiałem się przez chwilę, ale lekkie uszczypnięcie przez Julię uświadomiło mnie, że nie mamy innego wyjścia. Pożegnaliśmy się więc, otworzyliśmy skrzypiące drzwi i stromymi schodkami wyszliśmy na zewnątrz,

Poranek był rześki, słońce wspinało się coraz wyżej po czystym niebie. Skierowaliśmy się do centrum Strasbourga.

  • Nie sądzisz, że to zabawne, że właśnie zjedliśmy mały-obiad, albo że trzeba mnożyć i dodawać, żeby powiedzieć „dziewięćdziesiąt” po francusku? – powiedziała ni stąd, ni zowąd Julia, idąc przed siebie długimi krokami, z wysoko uniesioną głową.
  • Och, to język poetów – odparłem.
  • Myślisz, że poeci lubili mnożyć?
  • Nie wiem. Dokąd idziemy?
  • A jakie to ma znaczenie? – odparła z dziecinną radością Julia. – Chodźmy dokądkolwiek!

strasbourg1

Po pół godzinie marszu dotarliśmy pod samą katedrę: gigantyczną, monumentalną, niczym jedna z tych samotnych gór, które stoją pośród pustkowia, od zawsze owianie mgłą tajemnicy. Wokół nas przesuwały się tłumy ludzi, zaś przy Maison Kammerzel stał mężczyzna w śmiesznej, naciągniętej na oczy czapeczce, próbując zgrać dźwięk saksofonu z bijącym dzwonem katedry. Rozejrzałem się po budynkach o charakterystycznej, alzackiej architekturze i uroczych, barwnych okiennicach, następnie powiodłem wzrokiem po ciągnących się wzdłuż ulicy restauracjach i zaproponowałem Julii, byśmy zjedli choucrute w jednej z nich. Ona skończyła robić zdjęcia telefonem i odpowiedziała mi, że nie ma dziś ochoty na mięso ani w ogóle na nic do jedzenia, wobec czego skończyło się na espresso.

  • A właściwie to poproszę piwo. Jakieś z tutejszego browaru, może pan wybrać. – powiedziała kelnerowi, a ja otworzyłem szeroko oczy, dziwiąc się, jak szybko można zmieniać zdanie, po czym zamówiłem to samo.

Parę minut później pochyliłem się nad stolikiem.

  • Posłuchaj…a co z…no wiesz, twoimi problemami? Coś się zmieniło? – zapytałem ostrożnie, pragnąc jej przede wszystkim pomóc, jeśli będzie tego potrzebowała.
  • Nie mówmy o tym – odcięła się.
  • Ale…
  • Jesteśmy w podróży, Karol. Nie mówmy o tym.

strasbourg3

Zamilkłem. Przez chwilę piliśmy w milczeniu, po czym zobaczyłem, jak na placu pojawia się trójka mężczyzn o obfitych brodach, ubranych w wiszące na nich koszule i podarte spodnie. Mieli małe kapelusiki na głowach. Jeden niósł gitarę, drugi tamburyn. Trzeci, najchudszy z nich wszystkich, od razu zaczął mocnym głosem, a cappella śpiewać „Passing Thru” L. Cohena. Przy refrenie dołączyli do niego koledzy. Gdy dotarli do trzeciej zwrotki, zebrał się wokół nich już spory tłumek ludzi.

Twarz Julii rozjaśniła się.

  • Hej, chodźmy tam! No, nie bądź nudny, zatańczmy do ich muzyki! – energicznie pociągnęła mnie za ramię, tak że ledwo zdołałem zapłacić zdziwionemu kelnerowi i już znalazłem się na placu przed katedrą. Julia wciąż ściskała mnie za ramię,
  • Powiedz im, żeby zagrali jakiegoś walca – szepnąłem jej do ucha, a ona, po zakończonej piosence podeszła do muzyków, by do nich zagadać.
  • Pourriez-vous jouer un peu de rock’n’roll? – rzuciła im monetę. Zrozumiałem, co powiedziała i z tym większą radością wirowałem z nią po chwili w tańcu, podczas gdy zgromadzeni wokół ludzie śpiewali, klaskali i kilku nawet przyłączyło się do nas.

Po zakończeniu piosenki ukłoniliśmy się i powróciliśmy do naszego stolika. Podszedł do nas kelner.

  • Zarezerwujcie mi pokój w wariatkowie, dobrze? – powiedział, zabierając puste szklanki na tacę.

Julia zaśmiała się i odpowiedziała mu coś, czego nie dosłyszałem. Siedzieliśmy jeszcze trochę w restauracji, lecz gdy usłyszałem dzwon bijący w południe, uznałem, że warto byłoby się przejść, zwłaszcza że do głowy zaczęły mi przychodzić coraz głupsze pomysły do rozmów. Podziękowaliśmy kelnerowi i ruszyliśmy w stronę zalanej słońcem katedry.

strasbourg2

Przed głównymi wrotami czekał mężczyzna o czarnej brodzie i alzackim, wymiętym kapelusiku nałożonym na głowę. Miał brązowe, nieustannie poruszające się oczy.

  • I’m starting the trip in few minutes. You can join us, if you want. – zagadnął mnie po angielsku, wskazując na trzymaną w prawej ręce tabliczkę zaczepioną na kiju „Free Guided Visits”.

Julia, pragnąc pozostać niezależną, zamierzała już odejść, lecz przytrzymałem jej ramię.

  • Yeah, why not – odparłem. Uważałem, że to dobry pomysł. I że mamy szczęście.

Przyszła jeszcze rodzina z Australii. Przywitaliśmy się z nimi, po czym ruszyliśmy w drogę, spacerując malowniczymi uliczkami Strasbourga, odwiedzając place i kawiarnie. Przewodnik szedł, jak wędrowiec odpychając się od ziemi kijem ze swoim ogłoszeniem. Co jakiś czas zatrzymywał się, by przybliżyć nam historię miejsca, w którym się znajdowaliśmy.

  • Sporo elementów niemieckich, prawda? – powiedział na jednym z placów, wskazując na otaczające nas budynki. Perfekcyjnie dobierał słowa, było to świetnie grane przedstawienie, które musiał odgrywać już wiele razy. – I francuskich. Strasbourg często przechodził z rąk francuskich do niemieckich i odwrotnie. Wiecie, że mój pra-pra-pra dziadek urodził się w tym mieście i nie ruszał się stąd aż do śmierci, a cztery razy zmieniał narodowość?

Julia odparła, że nie miała pojęcia, na co on z zadowoleniem pokiwał głową i poszedł dalej. Miał nas już we władzy, oplótł niewidzialną nicią, którą trzymał w zamkniętej dłoni. Kierowaliśmy swoje kroki tam, dokąd on nas prowadził. Nie widzieliśmy innej drogi. Baliśmy się zgubić, nie znaliśmy tego miasta.

Odłączyliśmy się od wycieczki dopiero na Place de la Republique. Australijska rodzina rozsiadła się na soczyście zielonej trawie, my zaś podziękowaliśmy i odeszliśmy w stronę kanału, idąc tam, dokąd on nas prowadził. Słońce grzało nasze twarze, a my beztrosko wędrowaliśmy od mostu do mostu, co jakiś czas siadając na ławce, zamykając oczy i wdychając błogi zapach kwiatów, lata oraz wolności.

strasbourg4

Ponownie spotkaliśmy przewodnika wraz z wycieczką gdzieś w okolicy La Petite France. Pomachał do nas i krzyknął, że jeszcze możemy się dołączyć, ale pokręciliśmy przecząco głowami. Robiłem się już głodny, podobnie Julia. Zamierzaliśmy wracać do Florence, jednak uznałem, że coś jest nie tak, kiedy spotkaliśmy przewodnika po raz trzeci, przy katedrze, tam, gdzie zobaczyliśmy go po raz pierwszy, Zatrzymaliśmy się, a on zbliżył się do nas.

  • Co za przypadek – uśmiechnął się, osłaniając oczy przed słońcem. Zastanawiałem się, co dalej powie. – Macie może ochotę na wspólną kawę?

Popatrzyłem na niego ze zdziwieniem, potem przeniosłem wzrok na Julię. Ona zrobiła minę w stylu „Co za różnica”, po czym zaczęła niewinnie rozglądać się dokoła.

  • No jasne – zwróciłem się do przewodnika. – Do jakiej kawiarni pójdziemy?

On przedstawił się jako Pierre i powiedział, że radzi po prostu zagubić się w uliczkach Strasbourga i wybrać jakąś mało znaną kawiarnię, która najbardziej wpadnie nam w oko. To był jego stary i wypróbowany sposób.

Było już koło drugiej po południu. Słońce grzało niemiłosiernie. Weszliśmy w jedną z bocznych, cichych uliczek i tam zatrzymaliśmy się przed ozdobionym kwiatami oknem kawiarni. Było w niej prawie pusto, jedynie jakiś starzec w białej, lnianej koszuli siedział w rogu i czytał poranną gazetę, zaś na jego stole stała dawno już opróżniona filiżanka kawy, prawdopodobnie jedyna, jaką tego dnia zamówił. Nasze wejście oznajmił delikatny dźwięk małego dzwonka zaczepionego nad drzwiami. Właścicielka, kobieta w średnim wieku o dosyć obszernych kształtach powitała nas uśmiechem. Pierre zamówił dla nas trzy razy cappucino, ona zapowiedziała, że przyniesie kawę i że możemy już zająć miejsca. Usiedliśmy przy oknie.

Pachniało tutaj jak w kwiaciarni. Na drewnianych ścianach wisiała duża reprodukcja „Pielgrzyma” Caspara Davida Friedricha, obok w gablocie wisiała dumnie kolekcja banknotów z różnych krajów Europy oraz z USA. Czułem się lekko nieswojo. Nie z powodu wnętrza kawiarni, raczej Pierre’a, przewodnika, które właściwie nie znałem i nie wiedziałem, o czym powinienem z nim rozmawiać. Miałem nadzieję, że to mi przejdzie.

  • Wiecie, stanowicie ciekawą parę – zaczął Pierre, ale musiałem mu gwałtownie przerwać.
  • Przepraszam, nie jesteśmy parą. My…
  • Ach, no tak. Dobrze. Pewnie trochę się dziwicie, dlaczego was zaprosiłem na kawę. Ale myślę, że to normalne. Kto by chciał sam pić kawę? – uśmiechnął się, lecz przypominało to raczej uśmiech do lustra. – Chciałem…czułem też, że powinienem coś powiedzieć. I…czy mogę?
  • Oczywiście. Mów. – powiedziała Julia, opierając brodę na otwartej dłoni. Wyglądała w ten sposób, jakby nie była sobą, a metaforą czegoś innego.

On zaczął skrobać paznokciem blat stołu. Kontynuował po chwili, lekko przytłumionym głosem, nie podnosząc wzroku.

  • Słyszeliście coś o Suzanne Greenwood? Nie? Szkoda. Jest malarką…i, jakby to ująć, mam podobną historię. Tylko że…
  • A co robisz?
  • Śpiewam. Tu i tam. Gdzie się da. Oprócz tego jestem przewodnikiem. Może…chcielibyście dziś wieczorem przyjść na mój koncert? Koncert, dużo powiedziane…będę grał po siódmej przed katedrą. Możecie przyjść, posłuchać, jeśli będziecie mieli ochotę. – podniósł głowę, w jego oczach dojrzałem zmęczenie, a także pewien nikły ogień, który w innym człowieku dawno powinien już wygasnąć.
  • Przyjdziemy, możesz na nas liczyć – nawet nie zapytałem Julii Wiedzieliśmy, co powiedzieć. Nie mogłem użyć innych słów.
  • To dobrze. Super. – poczułem, jak dyskusja zaczyna przyspieszać. Pierre nerwowo splatał i rozplatał dłonie. – Jesteście na studiach?
  • Jeszcze nie. Prawie.
  • Sporo szans przed wami.
  • Tak mówią.
  • Wiecie, co będziecie robić?
  • Nie bardzo – odpowiedziała Julia i mocno przechyliła się na krześle. – A musimy wiedzieć?

Pierre wzruszył ramionami.

  • To chyba zależy od człowieka – wyraziłem na głos swoje myśli.
  • Mamy czas. Życie jest takie długie…
  • Raczej krótkie.

Właścicielka kawiarni przyniosła nam trzy parujące jeszcze cappucino, podziękowaliśmy jej i powróciliśmy do rozmowy. Zaczynałem odgadywać, kim jest Pierre.

  • Powiem wam, że kiedy śpiewam, jestem szczęśliwy. Poza tym, bywa różnie. I nawet kiedy gram, wiem, że nie za wiele mi to przyniesie, wiem, że to wszystko pewnie na nic, ale mimo to przez tę chwilę jestem szczęśliwy. Rozumiecie, o co mi chodzi?
  • Tak, doskonale – Julia zastanowiła się chwilę. – Długo to robisz?
  • Trudno powiedzieć. Odkąd pamiętam. Pewnie lepiej by mi poszło, gdyby nie więzienie.
  • Więzienie? Ty…

Kontynuowaliśmy dalej naszą rozmowę, popijając gorące cappucino, powoli odkrywając przed sobą karty i wróżąc przyszłość z wypowiadanych słów. Nie wiem, dlaczego spotkaliśmy Pierre’a. Miałem wrażenie, jakbyśmy znali się od lat. Może to spotkanie nie było przypadkowe.

Nasz przyjaciel-przewodnik poprosił jednak, bym nikomu nie mówił o historii, którą wraz z Julią usłyszeliśmy w kawiarni. Nikt oprócz nas nie może się o niej dowiedzieć, obiecaliśmy mu, dlatego też nie mogę zapisywać tych słów w moim notatniku.

Pożegnaliśmy się jakiś czas później, obiecując, że zobaczymy się jeszcze tego wieczoru. Było już późno, więc ruszyliśmy w drogę powrotną do Florence. Zdążyliśmy się zgubić z trzy razy: za czwartym zgubiliśmy się już szczęśliwie, docierając na miejsce.

Zastaliśmy Roberta, który z przerażoną miną stał nad leżącą na sofie Florence. Ona nawet nie się ruszała.

  • Chodźcie tu, szybciej, co mam robić? – zawołał do nas Robert z paniką w głosie, machając energicznie ręką. Odsunął się gdy Julia zajęła jego miejsce, nachylając się nad przyjaciółką.
  • Straciła tylko przytomność – stwierdziła. – Jak to się stało? – mówiła, jakby naprawdę była lekarzem. Zupełnie jej nie poznawałem.
  • Po prostu zemdlała. Nie wiem jak. Po prostu. – Robert rozłożył bezradnie dłonie.
  • A co z tobą?
  • Już po wszystkim.

Florence obudziła się po kilku minutach, nagle i niespodziewanie, i natychmiast wstała z kanapy.

  • I jak, podobało wam się? – zapytała, kierując te słowa do mnie i do Julii.

Słowa utknęły mi w gardle. Pierwszy raz poczułem, że nie jestem zdolny wyrazić tego, co bym chciał.

  • W porządku – zdołałem tylko powiedzieć. Julia spojrzała na mnie krzywo. „W porządku? Co to znaczy?”, zdawała się do mnie mówić.

Natychmiast zapomnieliśmy o tym, co było i przeszliśmy do obiadu. Przygotowaliśmy dla Florence pierogi z jabłkiem i fromage blanc, mówiąc, że koniecznie musi spróbować polskiej kuchni. Tak naprawdę był to nasz przepis, wymyślony na poczekaniu z powodu braku innych składników, ale sami byliśmy zaskoczeni jego smakiem.

Po obiedzie odpoczywaliśmy. Robert popisywał się przede mną swoją świeżo nabytą umiejętnością gry w szachy w pamięci, a Julia opowiadała Florence o naszym spotkaniu. Powiedziała, że musimy wspólnie wybrać się ponownie do Strasbourga.

strasbourg5

Florence potwierdziła, że Strasbourg najpiękniejszy jest nocą, wobec tego wyruszyliśmy wieczorem, by powłóczyć się trochę jego uliczkami. Zapaliły się latarnie. W dzielnicy La Petite France kawiarnie były pełne ludzi, szum rozmów niczym dym unosił się w powietrzu, rozbrzmiewały ulotne śmiechy, uciekając bezpowrotnie w ciepłą ciemność nocy. A my spacerowaliśmy i spacerowaliśmy, czasem zatrzymując się na mostach, by spoglądać na płynącą w dole rzekę, światła w niej odbite i te prawdziwe. Pamiętam, że poszliśmy następnie pod katedrę, by wysłuchać koncertu Pierre’a. Zebrał się wokół niego spory tłum ludzi, którzy chłonęli jego muzykę, zbawiającą ich od zamkniętych drzwi i braku snów pośród tej bezgwiezdnej nocy. Później odchodzili, tak jak odchodzą wszyscy. My również musieliśmy się pożegnać, życząc naszemu przyjacielowi szczęścia w dalszej drodze. Nie potrafiłem znaleźć na to lepszych słów.

Pamiętam, że poszliśmy następnie do jakiejś kawiarni. Pamiętam też przeskakujące przed oczami kolorowe sceny, a także czyjś krzyk „Ne fais pas ca!” i rząd skuterów przewracających się jak kostki domina. Reszta przypominała ciszę zalegającą po śpiewie cykady – była ciemnością, była snem.

Mikołaj Wyrzykowski

Ciąg dalszy nastąpi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *