Zrządzenie losu no.6 – Ławka na dworcu

3 lipca

Następnego dnia jechaliśmy już do Reims. W czasie drogi Florence pokazywała Robertowi zdjęcia swojego kota, którym opiekują się teraz jej znajomi mieszkający właśnie w mieście szampana. W podnieceniu opowiadała o swoim ulubieńcu.

  • Aportuje piłkę, zupełnie jak pies – zaczęła. – Chodzę z nim na spacery. Oprócz tego potrafi dawać łapę i siadać na zawołanie… – kontynuowała, choć Robert kręcił głową z niedowierzaniem.

ławka0

Po przyjeździe do miasta od razu skierowaliśmy się do Comedie de Reims. Był to dla Florence raj, po którym chodziła z błyszczącymi oczami.

  • Zawsze musi palić się jedno światło – powiedziała, gdy weszliśmy do głównej sali teatru.

Widownia tonęła w ciemności, a my ostrożnie stąpaliśmy po schodach. Panowała cisza, sala była zupełnie pusta. We czwórkę stanęliśmy na scenie, zapełniając widownię ludźmi i udając, że obserwują oni nasze ruchy i spijają słowa z naszych ust. Przez chwilę byliśmy aktorami, wielkimi aktorami, którzy ośmielają się wypowiedzieć to, co każdy z nas wie, lecz nie potrafi wyrazić. Graliśmy jednak dla siebie, na widowni panowała cisza, a sala była zupełnie pusta. Lecz nie graliśmy w ciemności – wciąż paliło się jedno światło.

Usłyszałem kroki, które szybko zbliżały się w naszą stronę.

  • Chodźcie! – krzyknęła szeptem Florence, chcąc ściągnąć nas ze sceny. – Prędko!

Zbiegliśmy na dół, jak najciszej mogliśmy, skierowaliśmy się ku najciemniejszej stronie widowni. Usiedliśmy tam, z twarzami ukrytymi w mroku. Na scenę wyszedł aktor. Rozejrzał się po widowni, myśląc, że jest pusta, a on gra tylko dla siebie. Grał dla nas. Zadrżałem, czując, jak wraz z jego kolejnymi słowami rodzi się powoli nowy świat. Byliśmy świadkami początku, lecz został on przerwany szybko i niespodziewanie, tak jak niespodziewanie milknie śpiew cykady. Aktor osłupiał, po czym zbiegł ze sceny na palcach i ukrył się w mroku niczym spłoszona mysz. Odwróciliśmy się niepewnie. Główne drzwi zostały otwarte na oścież, do sali wlało się światło. Ludzie zaczęli wchodzić i zajmować miejsca wokół nas. Nikt nie wiedział o aktorze, nikt nawet go nie widział. A my czekaliśmy.

Po kilkunastu minutach, gdy w całej sali ucichły wszelkie szmery i niepotrzebnie wypowiadane słowa, na scenę wyszła drobna kobieta w starszym wieku. Stała nieruchomo, podczas gdy pracownicy teatru stawiali wokół sceny obrazy, które były niewątpliwie jej autorstwa. Nie wiedziałem, kim jest staruszka, póki nie zaczęła mówić, chropawym, lecz donośnym głosem. Wtedy też odkryłem, że ktoś już mi o niej mówił i postanowiłem, że jej historia nie może zostać zapomniana.

Ławka na dworcu

Chciałabym opowiedzieć wam o pewnym spotkaniu.

Tego dnia siedziałam na dworcu, obserwując pociągi, które zatrzymywały się tam tylko na chwilę: zmieniali się pasażerowie, a następnie one odjeżdżały tak szybko, jak przyjeżdżały. Była już jesień. Ludzie pozakładali płaszcze, szyje owinęli szalikami. Wiatr trącał lekko leżące na chodnikach suche liście i przeczytane kilka razy dzienniki. Siedziałam tam już sporo czasu, obserwując pociągi i przechodniów – rozmawiających przez telefony, patrzących na zegarki, nerwowo drepcących w miejscu lub wpatrujących się ślepo w pustą przestrzeń – tych wszystkich przechodniów mojego życia.

W pewnym momencie usiadła obok mnie płomiennowłosa dziewczyna wyglądająca na studentkę. Miała na sobie uroczą czapkę i długi, brązowy płaszcz, a jej szlachetne, zielone oczy skakały wciąż z jednego miejsca na drugie, jak wzrok człowieka porwanego przez rzekę, który szuka mogącej go uratować gałęzi. Obok dziewczyny leżały skrzypce w czarnym, podniszczonym przez czas futerale. Zapytała mnie o godzinę, a ja odpowiedziałam jej, że jest wpół do czwartej. Musiała przyjść na dworzec o wiele za szybko, skoro postanowiła zadać drugie pytanie.

  • Dokąd pani jedzie? – w jej ustach te słowa nie brzmiały sucho. Zawierały w sobie jakąś wewnętrzną energię, światło i cień, życiową siłę.
  • Donikąd. Po prostu tu siedzę. – odparłam swoim zmęczonym głosem osoby, której już nic na tym świecie nie może zaskoczyć.

Uważnie przyjrzałam się nieznajomej. Zaintrygowała mnie. Czy to przez nostalgię? Czy odkryłam w niej młodość, którą sama być może utraciłam?

  • Co pani robi w życiu?

Wbiłam wzrok w ziemię, splatając ze sobą zimne dłonie i poczułam, jak wzbiera we mnie fala goryczy, jakiegoś niewytłumaczalnego smutku i dawno minionej radości. Poczułam, że muszę coś z siebie wyrzucić i że ta nieznajoma może mi być nawet bliższa niż znany od dawna przyjaciel. Podniosłam wzrok i lekko drżącą dłonią odgarnęłam za ucho niesforny kosmyk włosów.

  • To długa historia – powiedziałam i po tym zdaniu przestały dla nas istnieć pociągi, obowiązki, ograniczenia czasowe, pogoda czy jacyś przechodnie: istniały tylko słowa.

Nie potrafiłam powiedzieć, czym się zajmowałam. Siedziałam i patrzyłam na przejeżdżające pociągi, po prostu. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Nie mogłam nawet powiedzieć, że żyję. Żyłam wiele lat temu, w czasach gdy jeszcze wszystkie marzenia błyszczały obietnicą spełnienia.

Miałam wtedy 21 lat i chodziłam do Szkoły Artystów, właśnie tutaj, w tym mieście. Wtedy jeszcze nikt mnie tutaj nie znał – przyjechałam z dalekiego kraju i w waszym języku wiedziałam tylko, jak wymawia się słowo „antykwariat”. Rodzice zostali w domu, często przysyłali mi czułe listy, pytając, jak się mam i wkładając do kopert trochę pieniędzy, bym miała z czego się utrzymać. Pracowałam jako kelnerka w restauracji, której nazwy już nie pamiętam, lecz ta pensja nie starczała mi na życie. Ludzie tutaj byli bardzo mili, mówili „dzień dobry” i „dziękuję”, ale nie zatrzymywali się na dłużej niż parę minut. Początki były więc trudne. Chodzi mi o to, że byłam otwartą, pełną energii osobą, ale gdzieś daleko, nie w tym mieście. Tutaj musiałam zaczynać od nowa, tak jak od nowa buduje się dom zmieciony przez przez huragan.

Pierwszy tydzień w Szkole Artystów był okropny. Wszyscy jakoś dziwnie się na siebie patrzeliśmy, nikt nikogo nie znał, rozumiecie, mijaliśmy się na korytarzach jak duchy. Niektórzy zaczęli się po paru dniach zaprzyjaźniać, ale ja…nie byłam gotowa. Obserwowałam wszystkich, tak jak obserwuję pociągi, które przyjeżdżają i odjeżdżają,. To nie było tak, że na coś czekałam, po prostu…ach, to przez ten wasz język! Czułam się koszmarnie.

  • Jak tam pierwszy dzień w Szkole? – zapytała mnie sprzątaczka, którą spotkałam w korytarzu akademika.
  • W porządku – odpowiedziałam. Nie potrafiłam znaleźć lepszych słów.

W drugim tygodniu zaczęłam rozpoznawać różne osoby i pamiętać ich imiona. Poznałam Paula, z którym siedziała na śmiertelnie nudnych wykładach o historii sztuki. Był nieco nieśmiały, jednak bardzo go polubiłam: miał niezwykłą zdolność śpiewania, bowiem tylko śpiewając, potrafił właściwie artykułować słowa, inaczej się lekko jąkał. Pamiętam, że kiedy po południu wychodziliśmy ze Szkoły, przedstawił mnie swoim znajomym przy jednej z fontann na Placu Wolności. Był to jeden z tych rzadkich, przyjemnych październikowych dni.

  • Dave i Lilly, poznajcie Suzanne. Przyjechała z daleka. – powiedział, melorecytując, Paul.
  • Naprawdę myślisz o tym poważnie? – zapytał Dave, lekkim ruchem głowy wskazując na Szkołę Artystów.
  • No jasne. Czemu nie? – odparłam zdziwiona, na co on tylko wzruszył ramionami. Był prawnikiem, Lilly zaś pracowała w agencji, codziennie dzwoniąc do tysiąca ludzi z tą samą ofertą polisy ubezpieczeniowej. Oboje wyglądali na ludzi, którzy mieli już z góry ustalone życie.

Poszliśmy na kawę, rozmawialiśmy o rzeczach, o których zwykle rozmawia się przy kawie, po czym każde z nas poszło tam, gdzie było jego miejsce. Akademik był właściwie pusty i wydało mi się to trochę dziwne, stwierdziłam jednak, że nie ma to teraz dla mnie znaczenia, położyłam się więc nas łóżku, zmęczona całym dniem, lekcjami, uśmiechami, powitaniami, jeżdżącym autobusami, tymi wszystkimi rytuałami codzienności – niech to, miałam dość nawet słońca za oknem. Głowa bolała mnie od ciągłych prób zrozumienia, co mówią do mnie ludzie w tym obcym języku. Powróciłam myślami do Dave’a i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak wątpił w Szkołę Artystów.

Racja, możecie mieć wrażenie, że sama nazwa jest głupia. Nikt nie może nauczyć się bycia artystą, tak jak inni uczą się prawa czy medycyny. Nazwa jednak nie jest tutaj ważna: chodzi o to, że ta Szkoła dawała szansę.

Już od dziecka marzyłam o tym, by zostać malarką. Wiele dzieci, prawie wszystkie dzieci malują, prawda? Na pewno też robiliście. Tak…ja również malowałam, nie pamiętam teraz, czy dobrze, czy źle, wiem, że było to dla mnie na pewno czymś więcej, niż zwykłym mazaniem farbami po kartce papieru. To było tak, jakbym urzeczywistniała się, tworząc obrazy, jakbym w ten sposób stawała się prawdziwie sobą. Nie potrafię wam lepiej tego wytłumaczyć: studentka, z którą rozmawiałam, miała przy sobie skrzypce, więc pewnie rozumiała. Malowałam prawie codziennie. Było to dla mnie ważniejsze, niż jedzenie i picie, ważniejsze nawet, niż zabawy z przyjaciółmi na podwórku. Żyłam malarstwem i nie żałuję tego, nie żałuję, chyba, nie, nie żałuję…W każdym razie, skończone obrazy pokazywałam tacie, który długo na nie patrzył, tak jak ja lubię teraz patrzeć na przejeżdżające pociągi, opowiadał co mu się w nich podoba, a co powinnam ulepszyć, niektóre zaś z moich dzieł oprawiał i wieszał na ścianach: byłam wtedy najszczęśliwszym dzieckiem na Ziemi.

  • Będziesz kiedyś wielką malarką – mawiał mi tata. – Musisz tylko wciąż malować, nie poddawać się. Wierz mi, ja ci w tym pomogę.

Startowałam w wielu konkursach i zdobywałam różne nagrody. W głowie miała już wtedy wyobrażenie własnych obrazów, które w przyszłości podziwiane będą przez tysiące ludzi…kto wie, może jeszcze będą…czasem żyłam tym wyobrażeniem bardziej, niż rzeczywistością. Tata obiecał mi , że kiedy dorosną, pójdę do Szkoły Artystów, choćby nie wiem co: było to bowiem, jak twierdził miejsce otwierające na oścież drzwi kariery. Mama, która pracowała jako księgowa, podchodziła nieufnie do tego pomysłu.

  • Musisz nauczyć się robić coś porządnego, pożytecznego, jakoś zarabiać. Życie nie jest takie, jakim sobie je wyobrażasz. – przekonywała mnie.

Kochałam moją mamę, jednak nie pociągała mnie jej wersja życia, wciąż wolałam bawić się z tatą w piratów, biegać po całym domu i krzyczeć radośnie. Rozumiecie, my artyści, zawsze pragniemy nadać tęczy jak najwięcej barw.

Po dwóch tygodniach Szkoła Artystów okazała się dla mnie najlepszym miejscem na Ziemi. Każdego dnia oddawałam się sztuce, całym ciałem i duszą, bezgranicznie ufając w jej ostateczne zwycięstwo nad szarością świata. Inni robili to samo: wspieraliśmy się, ponieważ wierzyliśmy, że uczestniczymy w czymś wielkim, większym od nas samych, musieliśmy więc działać, działać, działać, wciąż iść naprzód, wyrywając kawałki swych dusz i zamieniając je w obrazy, podarunki dla innych ludzi. Nauczyciele męczyli nas, wyciskając siódme poty – lecz dla uczniów była to ofiara ponoszona w świętej sprawie, a właściwie nie, to nie była ofiara, pierwszy rok wspominam jako czas, kiedy bawiliśmy się sztuką, kiedy wszystko było możliwe i nie mieliśmy nawet czasu, by myśleć o przyszłości. Ludzie tacy jak Dave czy Lilly mogli nas nie rozumieć, oczywiście, bo nasze radości były niezrozumiałe i trwały krótko, lecz właśnie wtedy, w tamtym czasie czyniły nas szczęśliwymi. I to się liczyło.

Niekiedy miewałam kłopoty z jakimiś nauczycielami, zwłaszcza z panią Collins. Była nauczycielką plastyki. Kiedyś wezwała mnie po lekcji, zostałyśmy więc same w pustej sali.

  • Pamiętam, że w zeszłym tygodniu nie odrobiłaś zadania domowego – powiedziała twardym, szorstkim głosem, który nie pasował do jej pulchnej budowy.
  • To było w zeszłym tygodniu…
  • Nieważne. Na jutro przygotujesz prezentację o malarstwie średniowiecznym. A teraz możesz wyjść. – odwróciłam się, oburzona, i skierowałam do drzwi, lecz głos pani Collins zatrzymał mnie przed progiem. – Czy naprawdę chcesz zostać malarką, Suzanne?
  • Tak – odparłam bez wahania.
  • Moje kondolencje.

Spojrzałam uważnie na jej twarz i w tym momencie ujrzałam w niej osobę przegraną, straconą dla świata. Musiała kiedyś przegrać, by stać się taką nauczycielką. Reszta była zupełnie inna: sympatyczni, pełni życia, wiecznie czymś zajęci, zafascynowani sztuką, biegający od wystawy do wystawy. Na lekcjach w Szkole Artystów uczyliśmy się nie tylko malować obrazy, ale inaczej patrzyć na świat: uczyliśmy się radości życia. Jedynie pani Collins była czarną owcą i nie wiem właściwie, dlaczego wciąż ją tam trzymali.

Pierwszy rok minął jak pędzący pociąg, podobnie wakacje. Nauczyłam się w tym czasie języka i zdobyłam mnóstwo przyjaciół. Żyłam pełnią życia. Wstawałam rano i kładłam się spać późno w nocy. Czułam się zupełnie jak u siebie w domu i za nic nie chciałabym opuścić Szkoły Artystów. Pragnęłam, by te dni trwały możliwie jak najdłużej.

Zaraz po wakacjach spotkałam na przystanku autobusowym dziewczynę, którą kojarzyłam z lekcji plastyki. Okazało się, że obie odwiedziłyśmy w tym roku Barcelonę, zaczęłam więc z natchnieniem opowiadać, jak mi się tam podobało i co przeżyłam, ona kiwała przy tym głową i uśmiechała się, jakby rozumiała moje uczucia, lecz gdy po kilkunastu minutach zapytałam jej, jak wspomina swoją podróż, odparła tylko:

  • Fajnie było.

Nigdy później nie miałam już jakoś okazji z nią rozmawiać. Tego dnia odkryłam, ze nie wszyscy artyści są prawdziwymi artystami, choć większość z nas nimi była. Wszyscy tworzyliśmy wielkie wizje własnych przyszłości, inspirowani biografiami sławnych malarzy.

  • Będę kiedyś ilustratorem książek – mówiła Alex, która już zdążyła stworzyć własne ilustracje do obu części Alicji w Krainie Czarów.
  • A tam, wolę komiksy – przekomarzał się z nią Bob.
  • Moje portrety już lada dzień będą sławne – zapowiadała Kenna.
  • A jeśli się nie uda? A jeśli będzie wojna?

Wszyscy mieliśmy jakieś nadzieje, czasem mgliste, czasem bardzo wyraźne, a choć nie zawsze wiedzieliśmy, jak je spełnić, silnie wierzyliśmy, nie zważając na narzekania pani Collins oraz jej podobnych. I właśnie w ten sposób toczyło się nam życie.

Na początku października zadzwoniła Angie, moja przyjaciółka, która opuściła już Szkołę Artystów, wyruszając w świetlaną przyszłość. Zaniepokoiło mnie to, co mówiła.

  • To nie jest świat dla nas, Suzanne. Nie wiem, co dalej. Jeśli jest coś, co mogłaby, robić, nie istnieje to tutaj, ale raczej w innym życiu, innym świecie. – niemal płakała przez słuchawkę.

Nie potrafiłam znaleźć dla niej słów pocieszenia. Szczerze jej współczułam, nie wiem, dlaczego stało się właśnie tak, nie inaczej. Wydawało mi się, że Angie miała talent. W swoim czasie dużo działała, udzielając się w różnych środowiskach i organizując sobie całkiem sporo wystaw. Czy zrobiła coś źle, czy to los jej nie sprzyjał? Nie mam pojęcia. W Szkole Artystów byli ludzie, którym się udało…Wszyscy chcieliśmy, by nam się udało, zawsze jednak jest tak, że ktoś wygrywa, a ktoś przegrywa, jak w życiu – do dziś nie wiem, od czego to zależy.

W tym czasie zaczęła odczuwać dziwną pewność, że to, co maluję, jest dobre. Nie podobało mi się to uczucie, ale jakoś z nim żyłam. Zresztą, wszyscy żyliśmy bardzo szybko. Lekcje, akademik, obiad, wyjście na miasto, potem malowanie i malowanie, do późna w nocy, i od nowa. Gdy tylko mogliśmy, czerpaliśmy radość z prostych przyjemności, takich jak kawa, lody, czy wylegiwanie się w łóżku. Czasem wychodziłam z Paulem do klubu, by tam si wyszaleć i na chwilę zapomnieć o Bożym świecie w gorączce sobotnich nocy. Pamiętam szczególnie jedną z nich.

Muzyka dudniła w uszach, kolorowe światełka skakały po ścianach. Poszliśmy do jakiegoś cichego zakątka, by tam spotkać się z Davem i Lilly. Przywitałam się z wymuszonym uśmiechem, po czym usiedliśmy. Oboje wyglądali, jakby mieli już trochę w czubie. Lilly zaczęła opowiadać z głupią fascynacją o ludziach, do których dzwoniła w tej swojej agencji i pewnym momencie miałam już tego dosyć. Ludzie jej pokroju, a zwłaszcza ich gadki czasem po prostu za bardzo mnie wkurzali.

  • Lilly, czy ty wiesz, że kiedyś umrzesz?

Popatrzyła na mnie, jakbym mówiła do niej w obcym języku. Uśmiechnęła się fałszywie.

  • No i co z tego?
  • Nie będziesz żyła.
  • Aha.

Może byłam zbyt impulsywna. Paul zauważył, że mam tej pary po dziurki w nosie i po kilku minutach grzecznie ich przeprosiliśmy. Weszliśmy na parkiet w połowie tańca. Jakby ma zawołanie, muzyka zwolniła, a światła nieco się przyciemniły. Paul przytulił mnie mocno i tak się kołysaliśmy, dwoje rozbitków pośród bezkresu morza.

  • Kocham cię – zaśpiewał mi do ucha, a ja wiedziałam, że jest to tylko chwilowe wyznanie, które pewnie zaraz zniknie, lecz uległam mu, poddałam się zupełnie i odpowiedziałam tymi samymi słowami.
  • ławka3

Pamiętam, że po skończonym tańcu wyszliśmy z klubu. Na ulicy jakiś dziadek z kikutem na wózku inwalidzkim wrzeszczał „Quo vadis, quo vadis”, a my minęliśmy go i poszliśmy dalej, gdzieś daleko, w inny świat, by włóczyć się bez końca ciemnymi ulicami miasta, na którymi ku niebu wznosiły się chińskie lampiony. Tuż obok płynęła rzeka nieskończoności, zaś świecące nad nami gwiazdy stały się opiekunami naszych uczuć. Pamiętam, że był to najpiękniejszy wieczór mojego życia.

Paul musiał odjechać dwa tygodnie później, gdyż ojciec zmusił go do wstąpienia do wojska. Obiecał mi, że wróci, lecz nie wrócił już nigdy, i to właśnie słowo „tęsknić” w waszym języku najbardziej boleśnie wyryło mi się w pamięci.

Nie miałam nawet czasu, by z tego wyjść, gdy życie znów sprowadziło mnie na ziemię. Dostałam długi list od rodziców, z którego dowiedziałam się, że tata stracił pracę, nie będą więc w stanie dłużej przysyłać mi pieniędzy. „Oczekuj nadal, bo jeśli nie będziesz oczekiwać, nic się nie spełni.”, pisał w liście tata, pragnąc dodać mi otuchy. W tym momencie nie czułam właściwie nic, tak jak na początku krew nie płynie z rozciętego ciała. Dopiero następnego dnia z całym ciężarem spadł na mnie fakt, że muszę zacząć żyć na własną rękę.

Z powodu Szkoły Artystów nie mogłam podjąć się pełnoetatowej pracy, postanowiłam więc, że będę sprzedawać swoje obrazy i żyć wreszcie ze sztuki. Organizowałam wystawy, uczestniczyłam w różnych targach – zza swoich płócien obserwowałam ludzi, którzy przechodzili, nawet nie zadając sobie tyle trudu, by udawać, że cokolwiek ich obchodzi moje malowanie. Wydawało się, jakby w ogóle nie wiedzieli, do czego służą obrazy, a jeśli już lubili malarstwo, to tylko to stare, które już znali. Oczywiście, znajdywali się również tacy, którzy zatrzymywali się na chwilę: część z nich decydowała się nawet na kupno, lecz było ich mało, bardzo mało, zbyt mało. Zaczynałam rozumieć, co miała na myśli Angie. Inny świat, inne życie…przyjaciele mówili, że mam talent i na pewno mi się uda, lecz na co był mi talent, z którego nie mogłam wyżyć? Czasy beztroskiego tworzenia minęły bezpowrotnie, zastąpione mdłym spełnianiem oczekiwań i powoli sztuka traciła dla mnie swój blask, a przede wszystkim swój sens.

W tym czasie poznała Patricka. Wiedziałam, że rzucił kiedyś Szkołę Artystów dla dziewczyny, dla niej tez podjął się pracy kierowcy ciężarówek, przewożąc meble z Francji do Niemiec. Mieli córkę i gdy osiągnęła ona dwa lata, żona odeszła od Patricka z jakimś jego kumplem, a on popadł w depresję. Znajdował się w pustce i z tej pustki wyciągnęła go dopiero muzyka. W ten właśnie sposób go poznałam: gdy grał w kawiarence La Cigale zaraz na rogu, a twarz przysłaniał mu dym tytoniowy. Ludzie wiecie przy barze, wiecie, jak to w każdej kawiarence, lecz było ich niewielu, cała reszta skupiła się przy scenie, by chłonąć ten czysty, anielski głos Patricka, śpiewającego piosenki własnego autorstwa z towarzyszeniem gitary. Miał potargane, czarne włosy i lekki zarost na twarzy, na sobie zaś nosił flanelową koszulę w kratę oraz podarte jeansy. Pamiętam dokładnie. Było w nim coś, co kazało twierdzić, że wszyscy inni są cieniami, tylko on, tylko Patrick żyje naprawdę. Zazdrościłam mu, nie dlatego, że umiał śpiewać czy grać na gitarze, ale dlatego, że właśnie tam, tak jak go ujrzałam, w kawiarence La Cigale, wśród tłumu ludzi i dymu tytoniowego, kiedy stał na scenie, wyglądał zupełnie, jakby stał na szczycie wysokiej góry i patrzył stamtąd na cały świat: miał wygląda człowieka wygranego.

Zafascynowałam się nim, a co więcej: zaczęłam mieć na jego punkcie obsesję. To nie tak, że się w nim zakochałam, o nie, to było coś innego, chciałam po prostu być blisko niego, pragnęłam być jego częścią, częścią jego życia, jak córka. O właśnie, zazdrościłam jego córce – za to, że je świat wygadał zupełnie odmiennie od mojego, który powoli obracał się w ruinę. Ona miała nadzieję i jej nadzieja była silna, jaś powoli zaczynałam bzikować, mało spałam i miewałam halucynacje, widziałam rzeczy tam, gdzie nie powinno ich być. Traciłam też przyjaciół. Gdy opowiedział niektórym o Patricku, popukali się w głowy.

  • Chyba oszalałaś – powiedzieli.
  • Nawet jeśli, czy jest w tym coś złego?

Wolałam nie myśleć o przyszłości, która dla mnie nie istniała. Nie mogłam ścierpieć tego, że tonę w swoim bagnie, podczas gdy jakieś beztalencie, które dopiero co zaczęło Szkołę Artystów, zostaje powszechnie docenione za swoje cholerne, przepraszam za stwierdzenie, bazgroły. Miałam wszystkiego dosyć, chyba tylko Patrick swoim śpiewem trzymał mnie jakoś przy życiu.

Pamiętam, jak na początku trzeciego roku podeszłam na przystanku autobusowym do pierwszoklasistów.

  • Naprawdę myślicie o tym poważnie? – zapytałam ich.
  • Oczywiście – odparł jeden z chłopaków, a ja tylko wzruszyłam ramionami. Osobiście pracowałam jako kelnerka, byłam również zmuszona podjąć pracę zbliżoną do tej wykonywanej przez Lilly. Czy przegapiłam swoją szansę, tak jak można przegapić pociąg? A może nie powinnam czekać bezczynnie na dworcu, tylko sama ruszyć w drogę? Nie miałam zielonego pojęcia. Światem, do którego wtedy dążyłam, był świat Patricka.

Ostatnim obrazem, który namalowałam, był mój autoportret, lecz podczas malowania tak intensywnie myślałam o Patricku, że nadałam sobie rysy jego córki. Spostrzegłam to dopiero po skończeniu dzieła i, choć nigdy nie rozmawiałam z nim ani z jego córką, postanowiłam im zanieść ten obraz. Może zrozumieją, myślałam. Tamtego wieczoru poszłam do kawiarenki i bez słowa wręczyłam Patrickowi swój autoportret, przedstawiający jego córkę. Wtedy też on zadedykował dla mnie piosenkę, dając mi ostatnią chwilę szczęścia, nim następnego dnia zniknął wraz z córką, zniknął jak mgła, jak poranna rosa – w mojej głowie wciąż jednak byłam z nim, byłam tą osobą z autoportretu.

  • Tylko ty możesz mnie uratować… – szeptałam, zasypiając, i prawie zawsze łkałam, wiedząc, że płomień mojej nadziei, choć tak jasny, zaraz zgaśnie, gdyż nie ma dla niego przyszłości.

Jeszcze przed skończeniem Szkoły Artystów wyszłam za mąż za Dave’a – o tak, na pewno się dziwicie, ale poczułam, że to on jest właściwym wyborem. Dave właśnie rozstał się z Lilly i wtedy oboje znaleźliśmy ukojenie w swoich ramionach, obiecując, że będziemy się wspierać przez resztę życia. I tak właśnie był i jest nadal: żyjemy razem, robimy co możemy, staramy się, Dave jest prawnikiem, a ja kelnerką, która czasem coś namaluje i zawiesi w domu, by ozdabiało ścianę, co na swój naiwny i egoistyczny sposób czyni mnie w jakimś stopniu szczęśliwą.

Na dworcu zrobiło się pusto. Przeniosłam wzrok z torów na twarz nieznajomej. Patrzyłyśmy sobie w oczy przez długą chwilę, każda z nas odnajdywała siebie w spojrzeniu drugiej

  • Jak się pani nazywa, pani Suzanne? – odezwała się studentka.
  • Suzanne Greenwood – odparłam, nieco zdziwiona.
  • Dziękuję więc, pani Suzanne Greenwood. Dziękuję. – podniosła się z ławki i przeszła chodnik dzielący ją od torów, na który wiatr przywiał więcej liści i strzępków gazet. Zrobiło się już ciemno, na dworcu zapaliły się lampy. Powietrze znacznie się ochłodziło.

Gdy jeszcze myślałam o tym, co powiedziałam nieznajomej, ujrzałam, jak macha mi, wsiadając do pociągu, który właśnie nadjechał, i dotknęło mnie niewiarygodne uczucie, jakbym skądś już ją znała.

Następnego dnia odebrałam telefon i rozpoznałam w słuchawce głos spotkanej na dworcu studentki, która przedstawiła się jako córka Patricka, powiedziała, że w jej sypialni wisi nasz wspólny autoportret i że chciałaby zorganizować wystawę moich obrazów, właśnie tę, na której teraz jestem, opowiadając wam historię spotkania, które zdarzyło się nie tak dawno temu na dworcowej ławce, kiedy obserwowałam pociągi, które przyjeżdżały i odjeżdżały, równie szybko, jak przychodzi i odchodzi życie.

Mikołaj Wyrzykowski

Ciąg dalszy nastąpi

ławka1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *