Zrządzenie losu no.7

5 lipca

Pożegnaliśmy się z Florence, obiecując, że jeszcze ją odwiedzimy. Ona uściskała nas serdecznie, powiedziała, że będzie czekać i po raz drugi zemdlała. Robert złapał ją i ułożył w bezpiecznej pozycji, Gdy się obudziła, namówiła nas, byśmy wstąpili z nią jeszcze do restauracji – daliśmy się namówić, gdyż zbliżało się południe i po francuskim śniadaniu zaczynaliśmy już czuć lekki głód. Później już nie udało jej się nas zwieść żadną sztuczką. Ponownie pożegnaliśmy się i w deszczu wyjechaliśmy z Reims, w deszczu dotarliśmy do Paryża.

W deszczu też pojechaliśmy metrem na Montmartre. Było zimno, wciąż padało i wiał okropny wiatr, próbując zniszczyć nasze parasolki, ale Robert, który naczytał się mnóstwo książek o Paryżu i obejrzał romantyczne filmy rozgrywające się w tym Mieście Świateł, zdołał nas przekonać, że stolica Francji najpiękniejsza jest właśnie podczas deszczu.

Na Montmartre usiedliśmy w małej knajpce „Le Tire Bouchon”. Zbliżał się wieczór, zamierzaliśmy jeszcze długo spacerować, a wszyscy byliśmy nieco zmęczeni podróżą, zamówiliśmy więc trzy espresso.

Ściany kawiarni oblepione były tysiącem małych karteczek z małymi napisami. Julia zapytała kelnerkę, skąd one się tutaj wzięły.

  • Każdy, kto tu przychodzi, może coś zostawić na pamiątkę – odpowiedziała Francuzka. – Też chcecie coś napisać?

W odpowiedzi kiwnęliśmy głowami, a ona przyniosła małą karteczkę. Już wyjmowałem długopis, by zabrać się do pisania, ale Julia zabrała ją ze stołu, prosząc kelnerkę, by przyniosła większą kartkę.

  • Chyba nie myślicie, żeby napisać tylko „dziękujemy, podobało nam się”? – powiedziała do mnie i do Roberta, a my zrobiliśmy dziwne miny. – No co wy! Karol, ty jesteś naszym pisarzem, pomóż, ułożymy jakiś wiersz czy opowiadanie. – zaproponowała, od razu zapalając się do tego pomysłu.
  • Ale po francusku? – zapytałem trochę głupio.
  • No jasne, że po francusku!

paris8

Kilkanaście minut później kartka z opowiadaniem wisiała na suficie „Le Tire Bouchon”. Wpatrywaliśmy się w nią z zadowoleniem, tym większym, że co któryś wchodzący klient zatrzymywał się, by zadrzeć głowę do góry i przeczytać, co nowego ktoś napisał.

  • Wiecie co, lubię ten Paryż. Uwielbiam go. – odezwał się niespodziewanie Robert, kończąc espresso. Zwykle milczał, mówiąc tylko to, co niezbędne. – Ma coś w sobie…nie wiem, jak to powiedzieć…a co wy myślicie?
  • Mi się nie podoba – odpowiedziałem. – Zbyt hałaśliwy. I za dużo ludzi.
  • Nie cierpię Paryża – oznajmiła Julia. Wraz z Robertem spojrzeliśmy na nią ze zdziwieniem. Nie potrafiłem jej wierzyć w tej sytuacji.

Gdy zapaliły się latarnie, powoli zaczęło się robić coraz ciszej, spokój zastępował nieznośny hałas rozmów tłumnych wycieczek z różnych krajów świata. Zostały tylko rodziny, spacerujący samotnicy, zakochane pary oraz muzycy: siedzący pod drzwiami chłopak, który brzdąkał na gitarze, dziewczyna śpiewająca bluesa przy akompaniamencie akordeonu, skrzypek pod murem Sacre-Coeur oraz ci, którzy grali w kawiarenkach, zabawiając turystów pośród świateł lamp i zapachów potraw roznoszonych przez kelnerów. Po Place de Tertre można było już swobodnie spacerować. Pewien malarz zaproponował Julii, że ją namaluje, nawet za darmo, dla samej przyjemności unieśmiertelniania piękna, ale ona odpowiedziała mu coś polsku, jakoby nie rozumiała tego, co mówił. Przez chwilę oczy mu się rozjaśniły i myślałem już, że powie, iż jest Polakiem, ale zaraz potem posmutniał, ponownie siadając na kamiennym murku.

  • I tak mnie namaluje, zobaczycie – powiedziała pewna siebie Julia. Zastanowiła się, po czym dodała. – Kocham Paryż, wiecie? Kocham go!

paris7

Na schodach przed Sacre-Coeur siedziało mnóstwo ludzi. Rozmawiali, zanosili się śmiechem i słuchali występu ulicznego muzyka, który właśnie śpiewał „Let Her Go” Passengera. Niektóre pary mocno przytulały się do siebie, wskazując palcami puszczane przez kogoś bańki mydlane, które leciały wysoko w niebo, mieniąc się kolorami tęczy.

Ulicą w dole przejechał Citroen 2CV, jeden z tych, które można sobie wypożyczyć, by trochę pojeździć po Paryżu. Usiedliśmy na schodkach, by trochę odpocząć, posłuchać muzyki i podziwiać cudowny zachód słońca, którego pomarańczowe promienie z delikatnością płatków róży właśnie kładły się na dachach Paryża.

Hindusi kręcili się między ludźmi z kartonami piwa, próbując im je sprzedać. Jeden z nich, zamiast piwa chciał wręczyć Robertowi różę, ale ten wyjaśnił, że ma na nie alergię, mówiąc przy tym, że w innym przypadku byłoby to na pewno bardzo miłe.

Julia westchnęła i objęła nas obu ramionami.

  • Teraz jestem szczęśliwa – wyznała, kierując wzrok daleko, w niebo, na drugi koniec Paryża, gdzie tysiące ludzi, podobnie jak my, musiało być w tym samym momencie świadkami tego samego zachodu słońca. – To niezwykłe. Że jesteśmy tu, a nie gdzie indziej…i wiecie co? Dziękuję wam.
  • Za co? – zapytał Robert.
  • Że jesteście.

Jeszcze długo tak siedzieliśmy, póki słońce zupełnie nie zaszło. Muzyk wciąż śpiewał, ludzie rozmawiali i zanosili się śmiechem, a my nie ruszaliśmy się z miejsca, w ciszy słuchając bicia naszych serc – a choć czas płynął i wiedzieliśmy, że to, co teraz, mija bezpowrotnie, przeżywaliśmy naszą małą wieczność zamkniętą w uciekających minutach, nie chcąc jej zmącić żadnym niepotrzebnym ruchem.

To, co miało miejsce później, płynęło ulotnym pięknem snu. Nie byłem do końca świadomy swych ruchów. Powiedziałem na głos, że czuję się jak w filmie, a Julia i Robert odpowiedzieli ze śmiechem, że chyba za dużo razy oglądaliśmy razem „O północy w Paryżu”.

paris3

Trafiliśmy na Place des Abesses. Na ławce, niedaleko Muru Miłości, siedział mężczyzna o długiej brodzie, ze starą, skórzaną czapką na głowie i w śmiesznych okularach na nosie. Recytował jakiś wiersz, głośno i z ekspresją, niczym aktor na scenie. Przechodnie zatrzymywali się, by na niego popatrzeć, z uśmiechem lub ze skupieniem na twarzy, tworząc wokół niego zamknięty okrąg.

Podeszliśmy bliżej. Najpierw mój wzrok przykuł stojący obok ławki rower, który bez wątpienia należał do poety. Szeroko otworzyłem oczy ze zdziwienia, obserwując ten cud nowoczesnej techniki. Przymocowane były do niego torby i lampki, a całość objęta zamkniętym obiegiem wodnym, w którym krążąca woda w niepojęty sposób wypływała w małych fontannach, wystających to tu, to tam. Magiczny pojazd, na którym mógłby jeździć któryś z bohaterów komiksów Marvela, posiadał również maszt, na którym wywieszonych było parę napisów z wykrzyknikami, brzmiących trochę jak hasła prowadzące lud na barykady, ale których niestety nie potrafiłem odszyfrować.

Po zakończonym występie poeta przyjął oklaski i oznajmił, że ma podobne wieczorki autorskie w każdy piątek za katedrą Notre Dame. Zachęcił również do wybrania dla siebie tekstów, które trzymał w kieszeniach zawieszonych na swoim rowerze,mogącym uchodzić za wehikuł czasu. Wyobraziłem sobie, jak podróżuje nim po Paryżu: poeta recytujący swe wiersze na ulicach, niczym współczesny książę Hamlet, który zapisuje szalone idee na kartkach papieru, porywanych następnie przez wiatr i ginących w niepamięci…

Julia trąciła mnie łokciem i spojrzała znacząco. Wiedziałem, o co jej chodzi. Wyciągnąłem kartkę oraz długopis i z pamięci zaczęliśmy pisać to, co udało nam się stworzyć w „Le Tire Bouchon”. Następnie wręczyliśmy to poecie. Popatrzył na nas z uznaniem, nabrał powietrza w płuca i zaczął recytować, głośno, bardzo głośno, tak że słyszał go każdy, kto znajdował się choćby w pobliżu Place des Abesses. Dreszcz przebiegł mi po plecach, gdy ponownie wokół poety zaczął gromadzić się mały tłumek.

Odeszliśmy, żegnani oklaskami. Było już bardzo późno. Robert spojrzał na zegarek i oznajmił, że dochodzi północ. Czułem się trochę jak pijany i pomyślałem, że mogę właśnie mijać jakiegoś Van Gogha czy F. Scotta Fitzgeralda, ale nie potrafiłem ich rozpoznać pośród ciemności i innych ludzi, którzy o tej porze włóczyli się uliczkami Montmartre.

Schodziliśmy ulicą w dół. Słabe światło latarni padało na nasze twarze, kroki brzmiały dziwnie obco i głucho. Nad nami wisiało czarne niebo. Z licznych kawiarni wylewała się muzyka – były to oazy światła, gdzie ludzie gawędzili ze sobą w nocnym uniesieniu i tańczyli, śmiejąc się, podczas gdy księżycowy ptak trzepotał swymi srebrnymi skrzydłami ponad dachami kamienic.

paris4

Wyszliśmy na główną ulicę. Gdzieś dalej powoli obracał się wiatrak Moulin Rouge, a my wsiedliśmy do metra, otoczeni przez jarzące się blado neony placu Pigalle. Już na wpół śpiąc, mijałem ludzi w podziemnych korytarzach, gdzie echem rozbrzmiewały dźwięki jazzu.

Z ulgą usiadłem w pociągu. Chciałem zamknąć oczy, ale usłyszałem, jak siedzące obok osoby rozmawiają o mnie po angielsku. Było to starsze, amerykańskie małżeństwo. Kobieta siedziała spokojnie, bawiąc się swoimi siwymi, kręconymi włosami, mężczyzna zaś kołysał się na fotelu, wytrzeszczając na mnie swe wielkie oczy. Ręka mu lekko drżała. Poszukałem wzrokiem Julii i Roberta, ale siedzieli gdzieś daleko.

  • Opowiedz mu tę historię, John – namawiała męża kobieta. – To chyba dobry chłopak.
  • Nie znam go nawet – odpowiadał. – Nie wygląda na takiego, co lubi historie. – milczał przez jakiś czas, ale potem zwrócił się już bezpośrednio do mnie. – Lubisz historie, chłopcze? Chciałbym ci jedną opowiedzieć. Taką, którą sam przeżyłem.

Światełka na suficie zamigotały. Pociąg mknął przez mrok podziemnych tuneli, a ja zamieniłem się w słuch, zamknąłem oczy, by otworzyć je w krainie początku, skąd brały się wszystkie historie, również ta: wypowiedziana raz i niemożliwą do powtórzenia, zawierająca w sobie tajemnicę istnienia, zapomnianą już w chwili swoich narodzin.

Mikołaj Wyrzykowski

(Nico Cigale)

Ciąg dalszy nastąpi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *