Zrządzenie losu no.8

6 lipca

Następnego dnia obudziliśmy się przed południem, zjedliśmy coś prędko i wsiedliśmy w metro. Szczerze powiedziawszy, nie czułem się na siłach, by zapisać usłyszaną ostatniego wieczoru historię. Zasługiwała na coś więcej. Niektóre historie trwają przecież dłużej, trwają poza słowami, przekazywane codziennie jak uściski dłoni. Na razie nie czułem się na siłach, by przyszła przeze mnie na papier.

Znów padało, lecz była to tylko lekka mżawka, w której spacer był przyjemnością. Dotarliśmy do Pont des Arts, nie otwierając nawet parasolki. Robert, który lubił czytać o historii, powiedział, że jest to najstarszy żelazny most w Paryżu zbudowany polecenia Napoleona i że w XIX wieku z powodu szklarni z różnymi gatunkami kwiatów przypominał zawieszony nad Sekwaną ogród. Ja byłem zachwycony kłódkami, które niczym drogocenna biżuteria wisiały na tym moście zakochanych.

no.8-1

Kłódki nadal przymocowywane były do innych kłódek, różne miłości łączyły się, splatały ze sobą i z początku obce, stawały się tym samym, stawały się jednym mostem. Ludzie przechodzili obok, oglądając je niczym dzieła w galerii sztuki. I szli dalej, wsiadali do metra, oglądając twarze innych pasażerów i swoje odbicie w szybie, szukając w życiu tego, co prawdziwe, wciąż podróżując w poszukiwaniu szczęścia.

W wyniku cudownego splotu różnych zbiegów okoliczności na Pont des Arts weszła właśnie młoda para, która miała dzisiaj brać ślub. Zbliżyli się do balustrady, by zamocować na niej kłódkę. Natychmiast wokół nich zgromadzili się ludzie, z kamerami, aparatami, by obserwować, jak zakochani pieczętują swoją miłość. Kiedy założyli kłódkę ze swoimi imionami, mężczyzna przekręcił kluczyk, wyjął go, szepnął parę słów do kobiety, ona spojrzała na niego, w jej oczach błysnęło wieczne złoto miłości, a potem wyrzuciła kluczyk w powietrze, który spadał przez kilka długich sekund, porwany ostatecznie nurtem Sekwany…Pocałowali się, ludzie zaczęli im klaskać.

no.8-6

„Kiedy wyruszamy po szczęście?”, brzmiały mi w głowie słowa Charles’a Baudelaire’a, które zobaczyłem na jakiejś pocztówce. Młoda para poszła dalej, zeszła z mostu na jedną z ulic odchodzących od Sekwany. My wciąż wpatrywaliśmy się w nurt rzeki, obserwowaliśmy, jak zbliżająca się bateau mouche rozsuwa jej wody swoim dziobem. Nie wiem, o czym w tym momencie myślałem. Chyba pragnąłem po prostu o niczym nie myśleć, pozwalając, by świat swobodnie, niczym rzeka, przepływał przez moją głowę.

  • Wiecie, też chciałabym tutaj zawiesić swoją kłódkę – powiedziała Julia, niebezpiecznie wychylając się, by zrobić niepowtarzalne zdjęcie siebie i mostu.

I stało się. Zdążyła opublikować ostatnie zdjęcie, gdy telefon wyślizgnął jej się z ręki i podczas kilku długich sekund spadał w dół, by, jak kluczyk wyrzucony przed chwilą przez młodą parę, zostać porwanym przez nurt Sekwany. Julia zamarła. Ślepo wpatrywała się w rzekę, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało i nie wiedząc, co dalej zrobić. Robert natomiast nie mógł powstrzymać śmiechu.

  • Zamknij się! To nie jest śmieszne! – krzyknęła na niego Julia, patrząc jednocześnie na mnie, który też stałem się trochę bardziej radosny. Była wściekła. – I co ja teraz zrobię, co? Jak myślicie?!

  • Nie myśl o tym. Po prostu…daj temu spokój.- powiedziałem delikatnie. – Jesteśmy w podróży.

Robert, chcąc jakoś ją udobruchać, zaproponował, że zaprosi Julię na obiad. Ona nic nie odpowiedziała, ale zauważyłem, jak oboje się w tej chwili zmienili, uwalniając nieco od uzależnień, które do tej pory w pełni nimi władały – Robert, dotąd tak opanowany i chłodny, zyskał dobry humor, Julia zaś, całe szczęście, mogła zapomnieć o telefonie i robionych bez przerwy zdjęciach. W duchu podziękowałem Bogu za moich przyjaciół.

no.8-2

Było już po południu. Spacerowaliśmy lewym brzegiem Sekwany, oglądając zbiory bukinistów, książki, płyty winylowe i stare plakaty Johna Lennona, później zaś skierowaliśmy się na boulevard du Montparnasse. Samochody przejeżdżały obok z głośnym szumem, a tłumy ludzi przelewały się przez ulicę. Namówiłem Roberta i Julię, byśmy weszli do La Rotonde.

no.8-3

  • Wyobraźcie sobie, że kiedyś przesiadywał tutaj Picasso, Apollinaire, Matisse, dyskutowali, spędzali noce w tutejszych kawiarenkach, w Le Select, La Rotonde, a Hemingway na tarasie Closerie des Lilas napisał „Słońce też wschodzi”. – mówiłem z wypiekami na twarzy. – I zaraz my będziemy tutaj siedzieć, wyobrażacie sobie?

We wnętrzu La Rotonde kelnerzy krążyli między stolikami, przy których ludzie rozmawiali poważnie, czasem uśmiechali się lekko, w przerwach między kolejnymi kęsami. Jedli powoli, po francusku – opanowali sztukę rozkoszowania się jedzeniem, jakiej my do tej pory nie posiedliśmy. Ich postacie odbijały się w złożonym z małych lusterek suficie. Lampy delikatnie oświetlały salę, sprawiając, że w środku było miło i przytulnie. Na zewnątrz deszcz znów przybierał na sile.

Zdecydowaliśmy się na ostrygi.

  • Ja stawiam – powiedział Robert. Chciałem mu to wybić z głowy, przypominając, że właśnie stracił pracę i jest bankrutem, ale on tylko nieznacznie machnął ręką. – To bez znaczenia, Karol. Zresztą, powiedz mi, jaka to różnica?

Julia po francusku powiedziała kelnerowi, co zamawiamy, prosząc również o karafkę wody. Zaczął jej wracać dobry humor.

  • Wiecie co? Mogłabym tu zamieszkać. – oznajmiła. – Naprawdę podoba mi się Paryż. Chodziłabym po kawiarenkach, oglądała filmy w kinie każdego wieczoru, trochę pracowała…O, Robert, jak to jest pracować?
  • Niezbyt fajnie. Robisz ciągle to samo. Bez przerwy. Dzień w dzień. – nie dziwiłem się, że tak mówi, znając stanowisko, jakie zajmował.
  • To straszne. Nie chcę pracować. Męczy mnie każda rutyna. Nie potrafię sobie wyobrazić życia, w którym będę musiała siedzieć w jednym miejscu i robić codziennie te same rzeczy… Ciężko mi myśleć…o przyszłości, czy jak to tam się nazywa. – chciałem coś jej powiedzieć, ale uznałem, że i tak by mnie nie usłyszała. – Chcę podróżować! Zwiedzać świat, poznawać ludzi, cieszyć się życiem! – mocno gestykulowała i bałem się, że zaraz strąci ze stołu wszystkie kieliszki.

no.8-5

Robert dotknął swojej prawej piersi.

  • Dajesz mi wiarę, Julio – powiedział, ale wyczułem, że trochę gra, udaje, pragnie się poprzekomarzać. – To dobre dla mojego serca.

Julia spojrzała na niego, wyrwana ze swoich myśli.

  • Och, Robert, znów pomyliłeś strony! – złapała się za głowę. – Serce jest po lewej stronie!
  • Ja mam serce wszędzie. Z prawej, z lewej, tu i tam… – tłumaczył się Robert.

Na stół podano ostrygi, które przypominały klejnoty na górze lodu. Jedząc, zacząłem się coraz bardziej wyłączać, obserwując siedzących przy innych stolikach ludzi i zastanawiając się, jaka jest ich historia albo jaką historię chcieliby usłyszeć. Szukałem inspiracji. Moją uwagę przykuła rodzina, na której stolik kelner właśnie przyniósł talerz ślimaków. Pomyślałem o rutynie, o której wcześniej mówiła Julia, o walce z nią lub jej akceptacji, o tym, jak zmienni jesteśmy i że często nienawiść może zamienić się w miłość – wyobraziłem sobie, co mogą w tej chwili mówić członkowie rodziny, w jaką grę właśnie grają. W milczeniu zapamiętałem tę scenę i towarzyszące jej uczucia, by później zamienić je w opowiadanie.

Mikołaj Wyrzykowski

(Nico Cigale)

Ciąg dalszy nastąpi

Zapraszam do kupienia tej oraz innych książek: http://kudlaczewpodrozy.pl/?cat=211

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *