Zrządzenie losu no.9 – Kilka kolorów z palety

To były ostatnie dni winobrania. Jacques, głowa rodziny i winiarz całym sercem, wytwarzał świetne wino, choć jego winnica była bardzo mała – butelki z czerwonym trunkiem sprzedawał więc tylko znajomym. W winobraniu uczestniczyła wyłącznie jego rodzina. Tego wieczoru, daleko od świateł miasta, w małym, kamiennym domku na wzgórzu wszyscy zebrali się na kolacji. Zapalono świece i podano sery, podczas gdy na zewnątrz nieprzerwanie swą pieśń śpiewały cykady.

 – Ładna była dziś pogoda, prawda, Marie? – powiedział Jacques do żony.

 – Och, tak. Było bardzo pięknie – odparła jakby od niechcenia, zmęczona opierając głowę na dłoni.

Nastała krępująca cisza.

  • Jak sądzisz, tato, czy życie jest prawdziwe? – powiedział Daniel, chłopak o czarnych, kręconych włosach. Fascynował się wszystkim, cokolwiek do niego docierało, ale nie robił nic konkretnego.

  • O czym ty mówisz? – Jacques przerwał jedzenie.

  • O życiu.

  • Nie wiem, o co ci chodzi.

  • Daniel mówi, że nie możemy poznać prawdy, tylko wybrać swoją iluzję. Mówił mi o tym dzisiaj, jak byliśmy w mieście. Chyba naczytał się za dużo Szekspira. – wtrąciła się Charlotte, odgarniając do tyłu długie włosy. Była córką Jacquesa i Marie. Jej talerz nadal był pusty, patrzała jedynie na sery krążące po stole.

  • Ostatni raz w mieście byłem…dosyć dawno temu – zamyślił się Jacques. – Muszę tam pojechać. Muszę pójść do fryzjera. – pogładził się po siwiejących włosach.

  • Takiego od włosów? – powiedział Daniel, uśmiechając się pod nosem.

  • A jakiego innego ty sobie wyobrażasz?

  • Nie wiem, może…

  • Przestań się ze mną droczyć!

Daniel ucichł, jak struna gitary jeszcze wibrując wspomnieniem minionego dźwięku. Wyprostował się i wlepił spojrzenie w białą ścianę naprzeciwko. Jego ojciec włożył do ust kolejny kawałek sera.

  • Byliście dzisiaj w mieście? Kiedy? Po co? – Marie wróciła do tematu.

  • Spotkaliśmy się ze znajomymi. Może w wakacje pojeździmy sobie autostopem po całej Francji, pojedziemy na kanion Verdon i skoczymy z bungee, co, Daniel? – Charlotte zwróciła się do brata, który z aprobatą kiwnął głową.

  • Chcecie nas zostawić? Mnie i tatę?

  • Wiesz przecież, że nie, Ty tak to odbierasz. Masz po prostu złe nastawienie. Nie przejmuj się tak.

  • Ależ ja się nie przejmuję!

  • Spokojnie…

  • Powinniście tutaj zostać. Cała winnica będzie wasza i…

  • Nie planuj mi życia! Zrobię, co będę chciała!

  • Ale ty nie wiesz, czego chcesz.

  • Marie, Charlotte, obie się uspokójcie. – Jacques spróbował zainterweniować. – Poczekajcie chwilę…

  • …nie mów, żebym czekała…

  • …zaraz podam ślimaki. Marie, pamiętasz tę historię? – zaczął mówić tak, jakby przed chwilą nic nie wydarzyło się między jego żoną a córką.

  • O nie, tato, znowu to… – Daniel schował twarz w dłoniach.

O dziwo, Marie uśmiechnęła się, zmieniając wyraz twarzy, jak niebo, które momentalnie oczyszcza się z deszczowych chmur.

  • Pamiętam doskonale! Po deszczu zbierali ślimaki i zaprosili nas na następny dzień. Tyle, że ślimaki uciekły im w nocy! To dopiero! Co za historia!

Daniel i Charlotte milczeli. Jacques uśmiechnął się do żony.

  • Wtedy też była ładna pogoda… – powiedział, zanurzając się w przeszłości.

  • To prawda. Tak jak dziś. Była piękna.

  • Rzeczywiście, była piękna.

 

  • Chyba nadal nie znalazłem tego, czego szukałem – mruknął Daniel, budząc się z lekkiej drzemki. Był niewyspany, miał podkrążone oczy. Czuł zmęczenie, choć nie wiedział, czy z powodu tego, co zrobił, czy też tego, co go ominęło. W każdym razie, nie lubił jazdy samochodem. Bardzo go nużyła.

  • A czego szukasz? – zapytała go Charlotte, siedząca obok, na tylnym siedzeniu. Z przodu rodzice jechali w milczeniu, wpatrzeni w drogę, z wyłączonym radiem.

  • Wierzę, że to znajdę.

  • W coś trzeba wierzyć. Ale długo ci to może zająć, nie sądzisz?

  • Czas jest względny. I tak oboje nie wiemy, co tu robimy, ani co się dokoła dzieje. A rodzice nawet nie potrafią ze sobą rozmawiać.

  • Mówiłeś coś? – Jacques miał słuch doskonały, który jednak przez większość czasu był uśpiony i włączał się w najbardziej zaskakujących momentach.

  • Ostatnio w szkole rozmawialiśmy o wszechświecie. Pomyślałem, że to jest takie nierealne… Miałem potem coś w rodzaju…hmm…humanistycznego kaca?

  • I o tym właśnie mówiłeś?

  • Nie. Powiedziałem, że wszyscy jesteśmy poza życiem.

  • Co przez to rozumiesz?

Daniel wzruszył tylko ramionami, nic nie odpowiadając.

  • Ach, chodzi ci więc tylko o układanie pięknych zdań. I nic więcej…

  • Wiecie, wczoraj grałam w kule. Nigdy jeszcze nie grałam tak dobrze. Moja kula była zawsze najbliżej świnki. Miałam ogromną przewagę. – Charlotte włączyła się do rozmowy.

  • Mówisz naprawdę? – ożywiła się Marie.

  • Nie – odparła Charlotte, zamknęła oczy, i ułożyła się wygodnie w fotelu z zamiarem zaśnięcia.

Wąska droga wiła się między zielonymi winnicami i drzewami oliwnymi, raz wspinając się pod górę, raz opadając w dół. Krajobraz zmieniał się za szybami, asfalt uciekał spod kół. Samochód szumiał cicho, posuwając się naprzód. W środku panowała cisza.

  • Pamiętam, jak byłem w Londynie – Daniel ponownie zaczął mówić. Wydawało się, jakby mówił sam do siebie. – Tyle ludzi w metrze…czasem ciekawie się zachowują. Jedna kobieta w staromodnym płaszczu i kapeluszu z piórkiem wsiadła do wagonu z kawą w plastikowym kubku. Kawa wylała jej się na płaszcz, ona rozejrzała się dokoła i na następnej stacji wsiadła do innego wagonu. Ciekawe. – oczy mu błyszczały, gdy opowiadał takie historie.

  • To tylko gadanie. Zaraz wszyscy o tym zapomną. Ty też. – mruknęła ledwo słyszalnie Charlotte.

  • Ale przynajmniej przez chwilę pomyślą. Przez tą chwilę nie będą obojętni. I to będzie dobra chwila. Jeśli masz przyjaciela, to…

  • A ty masz przyjaciela?

Daniel już otwierał usta, ale w tym momencie niespodziewanie odezwał się Jacques.

  • Może przed wieczorem uda nam się dotrzeć do Włoch

  • W takim tempie przed wieczorem nie dotarlibyśmy nawet do Lyonu. Wleczemy się jak ślimaki. – skomentowała to Marie.

  • Ach, ślimaki! Pamiętasz tamtą jesień, Marie? – Jacques ożywił się, jakby nagle powrócił do życia z krainy, gdzie wszystko było nieruchome.

  • Oczywiście, że pamiętam! Po deszczu zbierali ślimaki, zaprosili nas na jedzenie, a nazajutrz okazało się, że im uciekły! Co za historia!

  • O nie… – Daniel miał ochotę wysiąść z samochodu.

  • Słuchajcie, dzieci! Może kiedyś też przeżyjecie coś takiego!

  • Mam ochotę pograć w kule, choćby sama. Jak przyjedziemy, zaraz to zrobię. – Charlotte odetchnęła tymi słowami i zapadła w sen.

 

Pili kawę w przytulnej, klimatycznej kawiarence. Ludzie kręcili się dokoła, podekscytowani, jak w każdy piątkowy wieczór. Barman tańczył, przygotowując drinki. Dwóch muzyków na fortepianie i kontrabasie grało jakieś standardy jazzowe. Za oknem stało kilku mężczyzn, paląc papierosy.

paleta4

  • Mieliśmy zarezerwować bilety do teatru – zauważył Jacques. – Zawsze chciałem pójść na „Nędzników”.

  • Ja też, ale spokojnie, mamy jeszcze czas. Nie denerwuj się, na wszystko przyjdzie czas.

  • Żeby tylko nam się udało.

  • Pamiętam teatry w Wiedniu. Byliśmy tam za krótko. Często marzę o tym, żeby tam jeszcze wrócić… – Marie wzniosła oczy do sufitu.

  • Może pojedziemy tam w te wakacje? – zaproponował Jacques.

  • Nie, to się raczej nie uda. Nie mamy pieniędzy. I mamy za dużo obowiązków. Nie, to się nie uda. – Marie z rezygnacją zaczęła bawić się łyżeczką w cukierniczce.

  • O co wam chodzi, powiecie mi? – Daniel odłożył na stół pustą filiżankę.

  • To ty mi powiedz, o co ci chodzi.

  • Przecież ty nawet nie chcesz tego wiedzieć.

Jacques zawahał się przez chwilę.

  • Przestańcie się sprzeczać, dobrze? To miał być miły wieczór. – podniosła głos Marie.

  • Miły wieczór? Gdzie? W tej kawiarence? To chyba jakieś żarty… jak ona się w ogóle nazywa? – oburzyła się Charlotte.

  • Dans la maison de l’escargot – odpowiedziała ze spokojem Marie.

  • Proszę, tylko nie to… – Daniel zatkał sobie uszy, rozpacz malowała się na jego twarzy.

  • Uciekające ślimaki, kto by pomyślał… A zaprosili nas na jedzenie… – Jacques głośno wciągnął powietrze przez nos.

  • Przestań! – Daniel wstał od stołu. Barman przestał tańczyć, spojrzał na niego zdziwiony. – Mam już tego dość. Wychodzę.

  • Dokąd pójdziesz? Do swojej Louise? Przecież to tylko twoja koleżanka z ławki, nikt więcej… – Marie nie lubiła, gdy inni przeżywali coś tak głęboko, ponieważ ona sama nie była do tego zdolna.

Daniel pokręcił głową.

  • Nic nie wiesz. Nawet nie masz pojęcia…

paleta3

Wyszedł z kawiarni, trzaskając drzwiami i nawet nie oglądając się za siebie.

  • No i poszedł. Co teraz zrobimy? – Jacques rozłożył bezradnie ręce.

  • Nie wiem, co z wami, ale ja też nie mam ochoty dłużej tutaj zostawać. – Charlotte wreszcie wiedziała, co ma robić. – Tak naprawdę w ogóle nie chciałam tutaj przychodzić. Miałam iść na koncert i teraz to zrobię.

  • Po co ci to? Zajmij się poważnymi sprawami. Za moich czasów…

  • Nie obchodzi mnie, co było za twoich czasów! Czasy się zmieniły! Rozumiesz? Zresztą, co ty możesz rozumieć! Całymi dniami nie słuchasz niczego innego oprócz tych przeklętych cykad!

  • Naprawdę sądzisz, że uda ci się zostać piosenkarką? – Marie przybrała zmartwiony wyraz twarzy.

  • Przynajmniej spróbuję. Nie tak jak ty.

Charlotte wyszła z kawiarni. Jacques i Marie zostali sami. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, aż wreszcie w stali równocześnie i wyszli z kawiarni, razem, lecz kierując się w inne strony.

Został tylko zespół grający jazz i ludzie kręcący się między stolikami.

Jeszcze tego samego dnia los złączył ich ścieżki. Kilka minut przed północą spotkali się na przystanku autobusowym. Przypominali wędrowców z różnych stron świata, którzy w tym miejscu przez przypadek natknęli się na siebie i mają tylko niewyraźne, podświadome uczucie, jakby już kiedyś się poznali.

  • Piękna była dziś pogoda, prawda? – zagadnęła Marie.

  • Och, cudowna – odparł Jacques. –Zobaczcie, czy to nie nasz autobus?

  • To nasz, na pewno. Poznaję z daleka. – potwierdził Daniel.

Wsiedli do autobusu i zajęli miejsca na tyle tak, by wszyscy mogli siedzieć razem.

  • Myślę, że chyba już nie uda nam się kupić biletów na „Nędzników” – Marie obawiała się reakcji męża, lecz ten machnął ręką.

  • To nic, naprawdę nic. Teraz to już nieważne. Nie mogę się doczekać wakacji. Wiednia.

Marie uśmiechnęła się do niego, pierwszy raz tego dnia.

  • Ależ strasznie wlecze się ten autobus! – zmarszczyła brwi Charlotte.

  • Jak ślimak – dodał Daniel.

  • Ale pamiętajcie, ślimaki potrafią też uciekać – zauważył Jacques.

  • Co właściwie robiliście tamtej jesieni? Jak to było? – zaciekawiła się Charlotte.

  • Właśnie wtedy się poznaliśmy. Byłem listonoszem, twoja mama śpiewała piosenki Edith Piaf na ulicach. Pamiętam to wszystko. Piękne czasy. Słońce, wspólne spacery, gry w kule…

  • I ślimaki.

  • Tak, właśnie. I ślimaki.

Spojrzeli na siebie. Byli postaciami namalowanymi przez malarza-pustelnika, który właśnie zapragnął, aby się uśmiechnęli. I uśmiechali się tak, grając w swoją piękną grę przez całą drogę powrotną do domu.

Mikołaj Wyrzykowski

Nico Cigale

Ciąg dalszy nastąpi

Aby kupić książkę, wystarczy napisać na mikiotor@gmail.com albo też znaleźć mnie na facebooku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *