Zrządzenie losu no.10 – „Podróż”

6 lipca

Wyszliśmy z La Rotonde, gdy jeszcze padał deszcz i od razu zeszliśmy do metra. Gdy wysiedliśmy na stacji Invalides, niebo już cudownie się rozjaśniło, a wiatr przegnał ciemne chmury. Deszcz przestał już padać i tylko ulice zostały mokre, stając się lustrem, w którym mogli się przeglądać przechodnie. Skierowaliśmy się na Pont Alexandre III. Nad Sekwaną właśnie zachodziło słońce.

  • Ależ tu pięknie. Można się zakochać. – powiedziałem i potem nikt z nas nie odezwał się już ani słowem. Zostaliśmy przywiani w to miejsce przez tajemnicze siły żywiołów, które zmówiły się ze sobą, abyśmy mogli podziwiać niewiarygodny spektakl, który przygotował dla nas Wszechświat.

Słońce chowało się za horyzontem, niczym dziecko, które boi się ciemności. Godzinę później zapaliły się latarnie, zmierzch zakrył tęczę, która pojawiła się po deszczu. Sekwaną płynęły bateau mouche, rozsuwając dziobami pełgające, barwne płomyki światła, które latarnie rzucały na wodę niczym zaklęcia. Blady księżyc wspinał się po schodach nieba, a wieża Eiffela błyszczała w oddali. Julia, już nie mając telefonu, ułożyła palce w kształt aparatu i wydała z siebie dźwięk kliszy, udając, że uwiecznia ten obraz.

Po moście spacerowały zakochane pary, zagubieni wędrowcy, myślący o miłości, spacerowali ci, którzy czekają i są oczekiwani. W Paryżu trwał spektakl świateł, noc przychodziła powoli i delikatnie, jak kolejne wersy sonetu pojawiające się w głowie poety. Zbliżała się północ.

W milczeniu opuściliśmy Pont Alexandre III. Byliśmy cieniami, które nocą krążyły po Paryżu, szukając choćby odrobiny światła. Z uniesienia wyrwał mnie dzwonek w telefonie Roberta. On spojrzał na nas przepraszająco i odebrał.

  • U nas strasznie zimno i ciągle leje, a co u ciebie? – powiedział, mrugając porozumiewawczo do mnie i do Julii. Cicho się zaśmialiśmy.

Kilkanaście minut później wsiedliśmy do metra. Razem z nami wszedł mężczyzna z głośnikiem i trąbką i gdy tyko pociąg ruszył, zaczął grać „What a wonderful world”. Rozejrzałem się dokoła. Ludzie siedzieli jak zwykle, ktoś z kimś rozmawiał, ktoś bawił się telefonem, ktoś pusto patrzył w przestrzeń, czekając końca drogi. Pewna dziewczyna wpatrywała się w mężczyznę, który stał przy drzwiach, czytając książkę. Gdy wysiadała na jednym z przystanków, włożyła mu maleńką karteczkę między strony książki, szepcąc „Zadzwoń do mnie” i pobiegła ku wyjściu. On z uśmiechem powiódł za nią wzrokiem i wrócił do lektury.

To był nasz ostatni dzień w Paryżu. Myślałem o tym, jakie to niezwykłe, że trafiłem akurat tutaj. Myślałem również o tym, że niektórzy ludzie są w naszym życiu jedynie przechodniami, pojawią się i znikną, mieszając trochę, ale są też i tacy, których nazywam Aniołami i są jak gwiazdy, które spadają z nieba, wnosząc trochę światła do naszego pokoju. Pomyślałem o Robercie i Julii, przypadku, w wyniku którego się spotkaliśmy i wielu innych przypadkach, które spotkały nas podczas tej podróży. Wtedy właśnie Robert, widząc, jak jestem zamyślony, zwrócił się do mnie słowami, które miał później bardzo często powtarzać, w każdej dobrej lub złej sytuacji.

  • Wiesz, Karol, może tak właśnie miało być.

paryż metro

10 lipca

Opuściliśmy Paryż w deszczu, tak jak go przywitaliśmy: było w tym mniej przypadku, niż można by pomyśleć.

Parę godzin później zatrzymaliśmy się na jakimś parkingu w regionie Loiret i usiedliśmy przy drewnianym stole, rozkładając mapę. Było to niedaleko samej Loary i widzieliśmy mnóstwo rowerzystów podróżujących od zamku do zamku.

chambord

Nie wiedzieliśmy, co dalej robić. Robert myślał o tym, żeby zostać na miejscu jeszcze przez parę dni i się zastanowić, ale Julia nie chciała nawet o tym słyszeć. Rano obudziła się z myślą, że musimy teraz pojechać do Bordeaux, gdyż mamy tam mnóstwo przyjaciół, którzy na nas czekają. Tak właściwie to tylko ona miała tam przyjaciół, poznanych przez Internet.

  • Tam jest pięknie – przekonywała mnie i Roberta. – I znamy sporo ludzi. Po co jechać gdzieś, gdzie nikogo nie znamy i się nudzić?

Zaczynała mnie trochę wkurzać. Myślała tylko o sobie i swoich znajomych. Spojrzałem na Roberta, który podzielał moje zdanie, ale nie miał ochoty wymawiać go na głos.

  • To nie ma sensu – powiedziałem do Julii. – Bordeaux jest za daleko. I wcale nie znasz tych ludzi.

Ona wstała z ławki, obruszona.

  • Skąd ty wiesz, kogo ja znam, a kogo nie? A kim ty jesteś, co? Przestań mi w końcu dawać te swoje dobre rady mówiąc, co mam robić. Nie znasz mnie, rozumiesz? I jesteś nikim, słyszysz to, jesteś nikim! – ściągnęła mapę ze stołu, oddalając się sztywnym krokiem.

  • Choć raz mogłabyś przestać tyle gadać – powiedziałem cicho, ale wystarczająco wyraźnie. Byłem naprawdę zły i nie miałem ochoty tego w sobie tłumić.

Robert patrzył przerażonym wzrokiem to na mnie, to na Julię.

  • Wróć tutaj! – krzyknął za nią, a później dodał, już ciszej, nienaturalnie spokojnym głosem. – Wiesz, Karol, mam ochotę wracać. Nie mamy już nawet gdzie nocować. Chyba tutaj się to kończy. Nie chcę już dalej jechać. A zresztą, chrzanić to wszystko. – spojrzał na mnie zrozpaczony, a następnie położył się na ławce i zamknął oczy, podczas gdy niebo zaczęło ronić łzy, które kropla po kropli spadały na jego twarz.

Siedzieliśmy tak przez kilka godzin, w ciszy, oddaleni od siebie. Nie mogliśmy na siebie patrzeć. Tak jak wcześniej nikt nie chciał wykonać ruchu, by zmącić piękno słońca zachodzącego nad Paryżem, tak teraz nikt nie potrafił postawić pierwszego kroku, by spróbować jakoś wrócić do normalności. Świat wokół jakby zamarł: nie śpiewały ptaki, nie minął nas żaden rowerzysta ani też żaden mieszkaniec miasteczka nie wybrał się o tej porze na spacer. Tylko mżawka wciąż padała, jej krople spływały po naszych twarzach, zastępując łzy, których nie potrafiliśmy z siebie wydobyć. Dziadek zawsze powtarzał mi, że są słowa, które bardzo trudno wymówić, które trzeba okupić śmiertelną walką i cierpieniem. Teraz zaczynałem rozumieć, co miał na myśli.

podroz4

Po południu Robert podniósł się, wyjął kluczyki z kieszeni i skierował się do samochodu.

  • Chodźcie – powiedział. – Jedziemy dalej.

Kierowani wewnętrznym głosem, a może po prostu z braku innego wyjścia, razem z Julią poszliśmy jego śladem, niczym dwie zagubione dusze, widma pragnące uwolnić się ze swoich kajdan i wkroczyć na ostateczną drogę. Nie wiedzieliśmy, dokąd Robert nas prowadzi. Jechaliśmy w milczeniu i nikt nawet nie myślał, by pytać, dokąd zmierzamy. Gdy zapadła noc, podobnie jak słońce zamknąłem oczy, by nie oślepiały mnie sztuczne światła mijanych samochodów. Czasem podskakiwaliśmy na nierównościach drogi; nie zatrzymaliśmy się ani razu, podróż więc sprawiała wrażenie, jakby miała się nigdy nie skończyć. Było już bardzo późno, lecz nie mogłem spać – przez przymrużone oczy, jak ktoś, kto śni na jawie, przerzucałem wzrok z Roberta na Julię, którzy przy cicho grającym radiu wpatrywali się w uciekający spod kół asfalt.

Podróż

Zostali wezwani na miejsce w godzinie, która przyszła jak burza, jak błyskawica rozdzierająca mroczne niebo. Spakowali prędko najważniejsze rzeczy do swoich walizek: wspomnienia, nadzieje, korowody wszystkich dni, które za sobą ciągnęli, niczym pociągi towarowe, które z głośnym stukotem kół jadą w mglistą przyszłość. Zapadał wieczór, ciepły i gęsty od kłębiących się ciemności. Latarnie świeciły nienaturalnym blaskiem na rogach ruchliwych ulic, jak gwiazdy niedbałym ruchem ręki strącone na ziemię. Prowadzeni przez skrzypka w połatanym kapeluszu, przyszli na duży, prawie pusty parking, zewsząd otoczony bladymi światłami jarzących się neonów. Czerwony autobus już czekał, kierowca, wypalając ostatniego papierosa, pukał nerwowo palcem w zegarek. W jeden z tych normalnych wieczorów wielkiego miasta ludzie przychodzili i przychodzili – każdy co chwila oglądał się za siebie i obserwował innych, by upewnić się, że nie jest sam. Byli w różnym wieku, lecz mieli takie same walizki, bardziej lub mniej puste – nikt nie wiedział, co robić, by się spakować, nikt nie był do końca przygotowany, choć wiedzieli o tej podróży. Wkrótce walizki wylądowały w bagażniku, a przybysze zajęli swoje miejsca w autobusie. Drzwi się zamknęły, kierowca odpalił stary silnik. Spojrzał na swój zegarek bez wskazówek mówiąc, że to dobry czas, by wyruszyć w podróż.

Z głośników płynął niski, głęboki głos Johny’ego Casha. Wnętrze autobusu wypełnione było na pozór niepotrzebnymi szpargałami. Kartony, koce, różne świecidełka i srebrne wisiorki. Na podłodze leżały puste butelki po Coca-Coli, z sufitu zwisały pierzaste łapacze snów. Asfalt umykał spod kół autobusu, kiedy ten mijał senne widma innych samochodów na tej autostradzie. Pasażerowie byli spięci, osaczeni przez niepewność. Ogarniało ich uczucie słodkiej bezwładności, jakby mimowolnie oddalali się od pełnych komplikacji spraw tego świata. Nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, przykuci do foteli spojrzeniem białej czapli z wagą w dziobie, która jak posąg siedziała obok kierowcy. Po jednej stronie wagi siedziała cykada, po drugiej świetlik. Szala nieustannie wahała się między nieśmiertelnością a chwilą.

Jechali przez nocne krainy. Niekiedy na poboczu stały grupy kuglarzy, jednorożce przechadzały się między wiekowymi drzewami, świetliste wróżki pukały do ich okien, odciskając swój uśmiech na sercach pasażerów – lecz oni mogli to wszystko tylko obserwować, tak jak podziwia się obrazy w galerii sztuki, spacerując jej korytarzami i przez chwilę doznając przyjemnego wrażenia, że posiedliśmy jej skarby na własność. Przejeżdżali przez kolejne nocne krainy, niezdolni do ich poznania, ze szwankującymi mechanizmami pamięci.

Pasażerowie próbowali szukać nawzajem swoich odbić w oczach innych. Czasem próbowali się do siebie odzywać, lecz ich słowa do nikogo nie docierały, jakby każdy z nich miał na uszach założone słuchawki i usiłował opowiedzieć sąsiadowi o swojej piosence. „To wszystko takie nierealne”, mówił emerytowany Szekspir. „Czy aby niczego nie zapomnieliście?”, pytał złodziej. Niedoszła królowa Francji siedziała, mrucząc coś do siebie. Większość pasażerów milczała, podczas gdy kierowca wiózł ich w nieznane strony.

Autobus podskakiwał na wybojach, bladoniebieskie lampy oświetlały twarze pasażerów, którzy właśnie zapadli w sen. Kilka godzin później obudzili się, potem znowu zasnęli. Noc nadal trwała. A oni jechali tak dalej, przemierzając nieskończone drogi między wiecznościami – oszołomieni pacjenci wielkiego szpitala, gdzie dyrektor w białym fartuchu raz próbuje uzdrowić ich śmiercią od życia, raz życiem od śmierci.

Mikołaj Wyrzykowski

(Nico Cigale)

Ciąg dalszy nastąpi

Aby zamówić całą powieść lub inne moje książki, wystarczy skontaktować się ze mną przez e-mail lub Facebook.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *