Zrządzenie losu no.11

11 lipca

Obudziłem się rano i zdałem sobie sprawę, że jestem w Arles, mieście corrid, strzegącym wejścia do Camargue, francuskiego Dzikiego Zachodu, gdzie po rozległych, podmokłych łąkach biegają dzikie konie, hodowane są byki, a flamingi z gracją spacerują po rozlewiskach wody. Dzień wstawał rześki, słońce przyjemnie ogrzewało twarz, wszystko wydawało się w porządku i nawet miałem ochotę się uśmiechnąć, gdybym nie zobaczył min moich przyjaciół.

Wciąż się do siebie nie odzywaliśmy i najwidoczniej sytuacja w najbliższych godzinach nie miała ulec zmianie. Robert z westchnieniem rozłożył się na fotelu i zamknął oczy, a Julia, nie mając nic lepszego do roboty, denerwowała resztę stukaniem paznokciami w plastik drzwi. Wyjąłem pierwszą lepszą z wziętych w podróż w powieści z zamiarem jej czytania, ale zrezygnowałem po kilku stronach, dochodząc do wniosku, że nie wytrzymam dłużej we wnętrzu samochodu, jego dusznej i napiętej atmosferze.

Wysiadłem. Julia i Robert jakby tylko czekali na ten znak i wysiedli razem ze mną. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy i, zaczynając od zrujnowanego, strzeżonego przez lwy mostu, o wschodzie słońca wybraliśmy się na spacer brzegiem Rodanu.

Próbowałem cieszyć się tym, co widzę, widokiem kamienic, otwierających się właśnie boulangeries, a gdy dotarliśmy do Areny, próbowałem też wyobrazić sobie, jak może wyglądać rozgrywająca się tutaj corrida. Nie potrafiłem jednak zmusić twarzy do uśmiechu, przełamać tych barier smutku, które na siebie nałożyliśmy. Samo miasto, tak spokojne i bezbronne w miodowych promieniach słońca, również zdawało się kryć w sobie jakiś niewytłumaczalny ból wynikający z rzeczy, które zostały przemilczane – przypominało opuszczoną dekorację filmową, z której ludzie powoli odchodzili, bojąc się, że mocniejszy podmuch wiatru może przewrócić ich tekturowe domy.

arles4

Uszy miałem szeroko otwarte i mimo słabej znajomości francuskiego zdołałem zrozumieć, że prawie każdy, kto obok nas przechodził, żywo rozprawiał o jakiejś wielkiej zabawie, która niedawno musiała mieć tu miejsce. Zainteresowałem się tym – może z ciekawości, a może po prostu z chęci, by zająć się czymkolwiek i uwolnić od przygnębiającego milczenia moich przyjaciół. Choć nic nie mówiłem Robertowi ani Julii, myśleli podobnie i wpadli chyba na ten sam pomysł.

Wszedłem w małej kawiarence, by zjeść lekkie śniadanie. Julia podeszła do lady i zapytała o zabawę, o której najwyraźniej głośno było w Arles.

  • Och, tak, pamiętam ją – powiedziała właścicielka kawiarni. – Jeszcze nigdy tak dobrze się nie bawiłam. A ile tam było ludzi! Wyobrażasz sobie tysiące ludzi bawiących się na Arenie? To było zaledwie wczoraj, jutro więc powinny o tym pisać wszystkie tutejsze gazety. – była najwyraźniej poruszona wspomnieniem wczorajszego wieczoru.

Po śniadaniu wyszliśmy z kawiarni. Właścicielka podsyciła naszą ciekawość. Julii zaś podobało się również to, że w końcu może z kimś porozmawiać.

  • Ta zabawa? – prychnął jakiś mężczyzna w średnim wieku, siedząc na schodkach kamienicy. – To się działo na małym placu, przechodziłem tamtędy, wracając do domu i mówię wam, nie było w tym nic ciekawego. Garstka ludzi, którzy sądzili, że wspaniale się bawią.

arles6

Julia tłumaczyła mi i Robertowi to, co mówią spotykani ludzie, lecz starała się nie patrzeć nam w oczy. Mówiła, a jej wzrok zawieszony był w przestrzeni. Robert ziewnął. Ja poczułem, jak krew zaczyna mi szybciej płynąć w żyłach. Nie mogłem uwierzyć, że każdy mieszkaniec Arles miał zachowany w pamięci inny obraz sobotniej zabawy.

  • Co tam się działo! – spotkaliśmy parę, która spacerowała brzegiem Rodanu. Zatrzymali się. Mężczyzna patrzył na naszą trójkę z góry, wypalając papierosa za papierosem, a kobieta zanosiła się co chwila głośnym śmiechem. – Poznaliśmy gościa, który nazywał się Bon Appetit, wyobrażacie sobie? Co za imię! Mówił, że przyjechał z Ameryki i jest reżyserem filmowym. Niezły facet. Może byłby z niego ktoś, gdyby nie mylił ciągle octu winnego z winem.

Coraz bardziej zafascynowani tą sprawą, dotarliśmy nawet do kogoś, kto podobno zajmował się organizacją zabawy. Gdy tylko usłyszał, co mu powiedzieliśmy o różnych relacjach spotykanych w mieście ludzi, zbladł na twarzy i powiedział, że musi natychmiast wyjść i załatwić coś ważnego, ale możemy poczekać, gdyż wróci za niedługo. Czekaliśmy pół godziny i gdy nie wracał, postanowiliśmy wyjść.

Kiedy następnego dnia rano próbowaliśmy ponownie spotkać się z ludźmi, którzy opowiadali nam o sobotniej nocy, nigdzie nie mogliśmy ich znaleźć, a inne osoby, które spotkaliśmy, twierdziły uparcie, że w tym starym mieście żadna zabawa od dawna się nie odbyła. Nie mieliśmy ochoty dłużej tutaj zostawać i bez słów zgodziliśmy się, by wyjechać z Arles. Zły nastrój wciąż nas nie opuszczał, chcąc więc wyrzucić z siebie choćby odrobinę smutku i oderwać od rzeczywistości, zacząłem skrobać w moim notatniku opowiadanie, które nie wiem, czy jest dobre czy złe, ale które na pewno pomogło uwolnić mi się od czegoś ciężkiego i stanowiło literackie odbicie sytuacji, w której wtedy, razem z Robertem i Julią, właściwie bez konkretnego powodu się znajdowaliśmy.

Mikołaj Wyrzykowski

(Nico Cigale)

Ciąg dalszy nastąpi

Aby zamówić w całości tę lub inne moje książki, wystarczy się ze mną skontaktować przez mikiotor@gmail.com lub przez Facebook.

arles5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *