Zrządzenie losu no.12 – „Wędrówka”

Byli trzema przyjaciółmi, podróżującymi przez wszystkie zakątki świata w poszukiwaniu szczęścia.

Ich wędrówka zaczęła się kilka lat temu, kiedy tylko osiągnęli dorosłość i rodzice powiedzieli im, że mogą iść teraz dokądkolwiek, aby znaleźć swoje miejsce. Młodzi mężczyźni nie mieli określonych żadnych konkretnych celów czy ambicji, lecz nie zawahali się skorzystać z propozycji rodziców, którzy obiecali, że co miesiąc będą im przysyłać pieniądze potrzebne do utrzymania i dalszej podróży.

  • Możecie stać się kimkolwiek chcecie. Jeśli tylko postanowicie sobie, że pragniecie kimś zostać i będziecie do tego dążyli, uda się wam. Wierzymy w to. I pomożemy wam. – mówiły na pożegnanie ich rodziny.

Pełni wiary we własne możliwości i pewni tego, że ktoś ich dostrzeże i magicznym, niewiadomym sposobem zapragnie włączyć do grupy ludzi, którym przeznaczone jest szczęście, trzej przyjaciele podróżowali po świecie. Rok temu wyjechali z Paryża, gdzie dni zlewały się w jedno, a ich wielkie nadzieje zostały przytłumione bezsennymi, hałaśliwymi nocami oraz ogarniającym ich zewsząd błogim próżniactwem. Uciekali teraz do Arles, jak przy poprzednich miastach Francji, Hiszpanii czy Włoch zarzekając się, że jest to ich jedyne, wymarzone miejsce, gdzie spędzą resztę życia. Snuli sięgające daleko w przyszłość plany, przekonywali swoich przyjaciół i rodziny, by nadal pomagali im finansowo, a wtedy oni, gdy już dorobią się majątku, co wedle ich rachuby miało nastąpić całkiem szybko, odpłacą im dwukrotnie. Posiadali ogromną siłę perswazji, potrafili sprawić, by ludzie w nich wierzyli, nawet jeśli ich próby pięknie wyglądały tylko w planach, a później rozpływały się gdzieś po drodze we mgle, podobne biegaczowi, który jest uważany za dobrego aż do momentu, gdy przekroczy linię startu.

W miarę posuwania się pociągu na południe, błękit nieba stawał się coraz bardziej intensywny, pojawiały się drzewa oliwne rosnące na spękanej ziemi, a lekkie wzniesienia zajmowały rozległe pola winorośli, nieprzerwanie oblewane złotym światłem wielkiej kuli słońca. Powietrze drgało tutaj i wirowało w rytmie śpiewu cykad.

  • Słyszeliście, panowie, jakie to niezwykłe owady? Kilkanaście lat spędzają pod ziemią, by potem wyjść na parę miesięcy i cykać, cykać bez przerwy. – zagadywał ich czerwony na twarzy kontroler biletów, o typowym, nie przypominającym nikogo konkretnego wyglądzie.

Przyjaciele szturchali się ramionami, czując powiew nowości, zachwyceni, niemalże sparaliżowani nowymi możliwościami, jakie się tu przed nimi mogą otworzyć. Choć nie wiedzieli, czego dokładnie od tego miasta oczekują, mieli nadzieję, że da im ono to, czego potrzebują.

W gwiździe lokomotywy i zamieszaniu wywołanym tłumem wyskakujących z wagonów pasażerów, trzej przyjaciele wzięli swoje walizki, strzepnęli pył z fraków, poprawili kapelusze i wsiedli do dorożki, która miała ich zawieźć prosto do nowego domu. W czasie jazdy wskazywali palcami ciekawie wyglądających przechodniów i podziwiali stare, monumentalne budowle, a gdy dotarli na miejsce, zapłacili dorożkarzowi i natychmiast zabrali się do urządzenia mieszkania, rzucając sobie pospieszne komentarze.

  • Są w tym mieście jacyś artyści? Jeśli tak, chciałbym ich spotkać. Słyszałem, że mieszka tu jakiś Van Gogh, nie znam go, ale ciekawy musi być z niego człowiek. – powiedział Gerard, gładząc swoją łysinę. Był malarzem o niespełnionych ambicjach, zawsze uważającym, że powinno mu się należeć więcej, niż w rzeczywistości posiada.

  • Mam nadzieję, że już po paru dniach uda mi się napisać jakieś opowiadanie, którego akcja będzie rozgrywała się w Arles. Napiszę ich więcej i za rok znajdę wydawnictwo. Nie będzie nikogo, kto zdolny byłby mi odmówić. – zapewniał Gerard, trudny do zauważenia z powodu niskiego wzrostu. Był pisarzem, choć na pierwszy rzut oka nie wyglądał na zbyt zaangażowanego w cokolwiek człowieka. Starał się to ukrywać, ale czasem miał problemy nie z pisaniem, a z wyrażaniem na głos, a nawet posiadaniem własnych opinii.

  • Będę miał w końcu czas na myślenie, zastanawianie się nad życiem, a kto wie, może nawet odnajdę swoje powołanie w jakimś kościele? – zadumał się Michel, jeszcze bardziej podkręcając śmiesznego, czarnego wąsa. Od dzieciństwa pragnął być żyjącym w spokoju mnichem, lecz nie było takiego dnia, by nie uległ opinii przyjaciół, którzy przekonywali go, by jeszcze raz się zastanowił i spróbował ukształtować swoje życie na nowo. Wciąż zaczynał od nowa, czasem nawet nie dochodząc do punktu, w którym powinien zacząć.

arles8

Trzej przyjaciele wprowadzili się do nowego domu, od następnego dnia jeszcze raz rozpoczynając poszukiwania szczęścia.

Michel mnóstwo czasu spędzał, nie wychodząc na zewnątrz, mówiąc reszcie, że intensywnie myśli i w ten sposób dochodzi do wniosków, jakie nie śniły się największym filozofom. Nie można zaprzeczyć, był mądrym człowiekiem – posiadał jednak przedziwną wiarę w to, że zdolny jest osiągnąć wszystko za pomocą wizji powstających w swoim umyśle. Rozpowiadał, dokoła, że chce być zakonnikiem, ale, prawdę powiedziawszy, rzadko bywał w kościele, nie mówiąc już o zrobieniu jakiegokolwiek kroku w kierunku odkrycia swego powołania. Cierpiał na niedowład nóg i trudno było mu się poruszać, ale dziś stanowiło to dla niego mniejszą przeszkodę. Jego dzieciństwo, kiedy inne dzieci śmiały się z niego, nigdy nie czekały i zostawiały go samego, gdy szły się bawić, tragedia jego dzieciństwa już minęła. Pozostawiła jednak po sobie charakterystyczne piętno samotności i smutne spojrzenie, może pesymistyczne, a może po prostu posiadające zdolność przeszywania wszystkiego na wskroś.

  • Ludzie się nie zmieniają. Wszystko, co robią, robią dla siebie. Choć…wiecie, ludzie często się zmieniają i….

Michel stawał się weselszy, zmieniając sposób myślenia i dochodząc do wniosków, że życie jest jak dywan, choć sam nie jest pewien dlaczego. Czerpał satysfakcję z tworzenia wizji przyszłości, których nigdy miał nie spełnić. Mogło się zdawać, że rozłożony wygodnie w fotelu, nie potrzebuje niczego więcej, nie wiedząc, czego chce, ale też nie musząc się tego dowiadywać, żyjąc na utrzymaniu swojej rodziny. Było to jednak mylne wrażenie. Michel nie tylko walczył sam ze sobą, ale również uciekał przed babcią, której groźne i jadowite listy goniły go po całym świecie, dusząc i dławiąc wszelkie jego pragnienia. Zaraz po jego urodzeniu babcia spisała szkoły i uniwersytety, które będzie musiał ukończyć, zapewniona o tym, że pokażą mu one, jak powinien żyć i dążyć do szczęścia określonego jasnymi zasadami. Wyznaczyła mu również przyszłe stanowisko profesora na jednym z uniwersytetów. Ani on, ani nikt z rodziny nie mógł się jej sprzeciwiać, dopóki Michel nie osiągnął dorosłości i rodzice nie wysłali go w podróż, mając nadzieję, że cel ukaże mu się dopiero wtedy, gdy znajdzie się dostatecznie blisko niego. Szamotał się między podążającym za nim jak cień planem babci, a własnymi, dotąd jeszcze nieodkrytymi pragnieniami. W Arles również nie wiedział, co robić. Siedział, więc przez większość dnia w domu, bezradny, jak rozbitek pozostawiony na środku morza. Tylko raz zniknął na kilka dni – po tym, jak otrzymał list zawiadamiający o śmierci babci, którą spowodował pijany woźnica. Kiedy wracał, przyjaciele myśleli, że jakoś się zmienił, jak wielokrotnie modelowana glina wreszcie nabierając ostatecznego kształtu, ale na razie nie objawiło się to niczym, jak tylko zamówieniem w pobliskim barze szklanki irlandzkiej whisky zamiast absyntu.

arles7

Mały Gerard ciężko pracował. Codziennie urządzał sobie długie spacery, podczas których robił sporo notatek. Korzystał z nich każdej soboty, o ustalonej porze zasiadając przed mahoniowym biurkiem, ze złotym piórem i oprawionym w gładką skórę zeszytem. Jego przyjaciele częściej słyszeli wtedy uporczywą ciszę niż skrobanie po papierze. Sam Gerard był bardzo niepewny swego talentu, mimo to wolał tę niepewność niż pychę. Bał się jednak, obezwładniający strach przejmował go za każdym razem, gdy zasiadał do pisania. Prześladowała go paranoja dobrych słów, które w swoim mniemaniu systematycznie, codziennie tracił razem z ich wagą i znaczeniem, przekonany o zmniejszaniu się własnego mózgu. Bardzo się jednak starał, lecz myślenie przychodziło mu ze skrzętnie ukrywanym trudem, urwane zdania pojawiały się i znikały jak mgła, a gdy wpadał już na jakiś pomysł, najczęściej odnajdywał to samo rozwiązanie w którejś z niedawno przeczytanych książek. Czytał naprawdę dużo, więcej czasu poświęcając planowaniu tego, co ma napisać, niż rzeczywistemu pisaniu. Bolał nad tym, jak wiele mógłby dokonać, gdyby tylko w tej chwili był kimś innym, mieszkając gdzieś indziej. Narastała w nim niechęć do ludzi i świata, czasem z jego ust wypływała trucizna, zatrute, przepełnione goryczą słowa. Jego nastroje zmieniały się jak kartki w kalendarzu. Udawał, że jest smutny wtedy, gdy był wesoły, a gdy był smutny, tryskał humorem, stając się duszą towarzystwa. Nikt nie potrafił odgadnąć, kim jest, a kogo udaje, i przede wszystkim, do czego dąży. Nigdy nie wyjawiał bezpośrednio swoich uczuć twierdząc, że to niebezpieczne. Narzekał na swoje życie i dzięki wspaniałej pamięci z lubością zanurzał się w przeszłości, wspominając dawno utraconą miłość, której nigdy w pełni nie zdołał poczuć. Przypominał sobie córkę sąsiadów, jej kasztanowe, kręcone włosy i duże, zielone oczy. Przypominał sobie spędzone z nią chwile, powracał i rozkoszował się tym bolesnym dniem, kiedy powiedziała mu, że zawsze był dla niej tylko przyjacielem, a i jeszcze każdego dnia musiała się do niego przekonywać. Kiedy tak Gerard odnajdywał i przeżywał na nowo w umyśle sceny z przeszłości, zdał sobie sprawę, że opowiadanie, które napisał o swoich doświadczeniach, jest jedynym prawdziwym dziełem, które stworzył. Napisał ich, więc jeszcze kilka i zaniósł do pierwszego lepszego wydawnictwa pewien, że to, co teraz robi, przyniesie mu kiedyś niebywałą fortunę.

  • Niestety, monsieur, mamy już plan wydawniczy i nie przewidujemy w nim żadnego młodego, nieznanego nikomu pisarza. Mamy teraz przecenione dzieło Bocaccia, „Dekameron”. Pan pewnie by chciał, aby pana książka kosztowała dwa razy tyle, tak? Czy to znaczy, że jest dwa razy lepsza? – powiedział pozbawionym emocji głosem mężczyzna za biurkiem, ledwo rzucając okiem na rękopisy i nawet nie zerkając na Gerarda. Zrobił nieznaczny ruch ręką, mający zachęcić pisarza o zbyt dużych oczekiwaniach do jak najszybszego wyjścia z pomieszczenia.

Gerard wyszedł na zalaną złotym blaskiem słońca ulicę, przeszedł obok Areny, gdzie za kilka dni miała odbywać się corrida, i przez resztę dnia spacerował brzegiem Rodanu, uśmiechając się dopiero na widok zachodzącego słońca. Nie mógł zrozumieć, jak ten mężczyzna w wydawnictwie mógł tak zignorować drogę, jaką on, Gerard, musiał przebyć, nim napisał te opowiadania oraz jak mógł nie zauważyć ogromu pracy, którą w nie włożył. Szczęśliwym trafem w ciągu kolejnych kilku miesięcy Gerard spotkał pozytywne osoby, które obiecały mu, że zrobią wszystko, by stał się największym, czytanym dosłownie przez wszystkich pisarzem tych czasów. Początkujący artysta święcie wierzył w ich słowa, prawie już widzą, jak niszczeje stalowy mur, dzielący jego chęci oraz to, co jest możliwe do zrobienia.

Łysy Gerard był postacią najbardziej barwną i zabawną spośród trójki przyjaciół, o niesamowitej wręcz witalności, co dzień jakby patrząc na świat po raz pierwszy i oddzielając swoje życie od przeszłości, kłopotów oraz niepotrzebnych zmartwień. Był malarzem, a przynajmniej starał się nim być, lecz naprawdę rzadko malował, a choć mogłoby to być całkiem ciekawe, nikt nie widział żadnej z jego prac. Uparcie mylono go też z jego przyjacielem, pisarzem.

  • Gerard? – pytał piekarz. – Czy to nie ty codziennie chodzisz po ulicy i rozpowiadasz o świetności swoich opowiadań?

  • Nie, ja jestem Gerard. To znaczy ten drugi Gerard. Maluję. Gerard to mój przyjaciel. – tłumaczył cierpliwie, nie przejmując się tym, że piekarz o dużych, wiecznie zdziwionych oczach i uśmiechu Mona Lisy jutro zapyta o to samo jego przyjaciela.

Gerard podziwiał Van Gogha. Tropił go i śledził z wielką pasją, od żółtego domu, aż do miejsc, w których malarz rozkładał swoje płótna. Przechodząc, co jakiś czas uliczką obok, uważnie obserwował każde pociągnięcie pędzla niewątpliwie utalentowanego i jednocześnie udręczonego, ale jeszcze niedocenionego malarza. Wiedział, że swoimi obrazami nie zapisze się na kartach historii, był jednak na tyle sprytnym i obrotnym człowiekiem, że wymyślił inny sposób na pozostawienie swojego śladu. Wyczekiwał odpowiedniego momentu i wtedy wchodził w malowany właśnie przez Van Gogha obraz, stojąc tam przez długą chwilę – jako jedyna, nieprzypadkowo znajdująca się tu osoba wśród wszystkich bezimiennych przechodniów. W ten oto sposób Gerard przeszedł do historii, obdarowany nieśmiertelnością przez nieświadomego tego Van Gogha. Jego postać dostrzec można w „Nocnej kawiarence”, to jego razem z kobietą widać na obrazie „Gwiaździsta noc” – ukrywał się również wśród kwiatów w „Kwitnącym ogrodzie”, bał się jednak wynurzyć z obawy przed zepsuciem kompozycji i brakiem podobieństwa między swoją głową a jakimkolwiek kwiatem. Gerard był bardzo dumny ze swoich osiągnięć i lubił się chwalić swoim przyjaciołom, wkrótce jednak zapomniał o Van Goghu, zapomniał o malarstwie, na które, jak twierdził, nie miał już czasu i podobnie jak w Paryżu, wciągnął się w wir hucznych zabaw, stając się jedną z najbardziej znanych osób w Arles.

arles11

Rok po przyjeździe trzech przyjaciół do prowansalskiego miasta, pękły wszystkie bańki z ich złudnym marzeniami. Michel nadal nie wychodził z domu, a do tego zaczął pisać listy do swoich dawnych znajomych, winiąc ich za swoje położenie i tym samym odcinając się raz na zawsze. Mały Gerard nic nie osiągnął swoim pisaniem, a wszyscy ci wspaniali ludzie, którzy tyle mu obiecywali i tak na początku byli zaangażowani, nagle i z niewiadomego powodu gdzieś zniknęli, a on pozostał sam. Łysy Gerard również nie stał się kimś lepszym, kimś więcej, a właściwie tylko powrócił do początku, do biernej ekscytacji nowościami i zadziwiania nad tym, jak to możliwe, że Van Gogh jeszcze się nie poddał.

  • Zastanawialiście się kiedyś nad sensem życia? – powiedział Michel pewnego popołudnia, gdy wiał silny mistral i wszyscy byli w wyjątkowo złym nastroju. – Myśleliście o tym, że coś jest, a potem…tego nie ma? Nad śmiercią? Ale najważniejsze: czy posiadacie już coś, co zaniesiecie Bogu w chwili śmierci? Czy coś zrobiliście? – Michel byłby wspaniałym kaznodzieją, gdyby tylko jego wielkie słowa wpływały, chociaż na niego samego, ale on nawet nie odnosił ich do własnego życia, narzekając, że jest bardzo ważną, ale przez nikogo niedostrzeganą osobą. – Wszystko, czego chcemy, to po prostu istnieć całkowicie, nie błądzić we mgle. Tylko tyle. Napiszcie tutaj, na przypadkowych stronach, co myślicie. – dodał, podając im nieduży notesik. Zapisywane w nim słowa miały w jego mniemaniu bardziej zakotwiczyć ich w rzeczywistości, sprawić, by oderwali się od przyzwyczajeń, powtarzających się czynności, aby poczuli, czym jest życie, dowiedzieli się, czego chcą. Na razie na żadnej z kartek nie pojawiło się ani jedno słowo.

Trzej przyjaciele żyli dalej, dzięki dostarczanym im pieniądzom mogąc sobie pozwolić na luksus nieustannego poszukiwania pracy. Wcale nie byli już pewni tego, kim są: Michel przestał mówić o zostaniu mnichem, mały Gerard zarzucił pisanie mówiąc, że zawsze chciał zostać prawnikiem, a łysy Gerard w ogóle mało pokazywał się w domu.

Ich niejasne cele i oczekiwania zostały zatopione w pustce. Zbyt wiele wolności nie przynosiło im wiele dobrego, raczej zgorzknienie i jeszcze większą nieporadność. Włóczyli się uliczkami Arles, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, nie potrafiąc nawet zdefiniować, co czują. Podczas nic nieprzynoszących dni tęsknili za nocą, a nocami, kiedy poznawali natychmiast zapominanych ludzi, tęsknili za dniem i jednocześnie bali się tej chwili, kiedy on nadejdzie, nie rozumiejąc, w czym uczestniczą, co robią, co się wokół nich dzieje, ledwo żywi ze strachu przed nieokreśloną stratą. Nie rozmawiali nawet między sobą, żyjąc beztrosko i dosyć wygodnie, nie czując pragnienia zdążania dokądkolwiek.

Mały Gerard odnajdywał radość w kłóceniu się, łysy Gerard codziennie co noc zamykał Michelowi drzwi od pokoju, myśląc, że ten pragnie je mieć zamknięte, on jednak zaraz potem otwierał je, i tak historia wciąż zataczała krąg, nieustanna powtarzalność tych samych sytuacji zamykała trzech przyjaciół w klatce, bez klucza czy jakiejkolwiek drogi ucieczki. Zwykłe wydarzenia nabierały dla nich magicznego wymiaru. Gdy im się nudziło, wymyślali zabawy, znajdując kilka kul i rzucając nimi tak, aby dotoczyły się jak najbliżej szyszki, albo wzniecali bójki w okolicznych barach. Żyli z dnia na dzień, nie wiedząc, kim są, nie wiedząc, dokąd zmierzają, ale też nie potrzebując tej wiedzy. Nie pisali do nikogo listów, ponieważ nie mogli znieść czekania, nie cierpieli tego, co mówiono im w dzieciństwie: „życie jest przed wami, poczekajcie trochę”. Byli bezpieczni, ponieważ nie przedstawiali dla nikogo żadnej wartości.

Nadeszła jesień. Trzej przyjaciele czasem wybierali się na dzikie tereny Camargue, obserwując flamingi i galopując przez bezkresne równiny. Szukali inspiracji, jakiegoś znaku, który pokazałby im dalszą drogę, którą powinni iść. Podczas jednej z długich, sobotnich nocy poznali Francois. Był tajemniczym typem, o którym po Arles krążyło wiele półprawdziwych legend. Nie wyglądał na kogoś, kto opowiada o tym, co naprawdę robi. Mówiono, że codziennie chodzi z dubeltówką po Camargue, polując na ptaki

  • Bardzo was lubię – powiedział już po paru minutach znajomości do przyjaciół. – Każdy z was ma talent. Cieszę się, że was poznałem.

Nie była to znajomość trwająca jedną noc. Od tej pory często spotykali Francois, który wkrótce zaczął im towarzyszyć podczas wszystkich zabaw. Mały Gerard mówił, że jest to jeden z najlepszych ludzi, jakich kiedykolwiek spotkał, a przynajmniej mieszkaniec Arles, do którego inni powinni odnosić się z najwyższym szacunkiem. Dzięki niemu otrząsnął się z depresji i aury mrocznego pesymizmu, jaka otaczała go od dnia odmowy wydawnictwa i jednocześnie dnia, w którym zaniechał pisania. Francois nie mógł zrozumieć, dlaczego mały Gerard się poddał. Namawiał go do tworzenia kolejnych opowiadań tak długo, aż ten w końcu uległ mu i przyznał rację.

  • Masz talent, stary. Nie możesz go zmarnować. – powiedział Francois pewnego popołudnia w kawiarence. – Pisz dalej. Nie przestawaj wierzyć, nigdy. Pomogę ci. Posłuchaj uważnie. Jeśli za kilka miesięcy przyniesiesz mi swoje opowiadania, zrobię wszystko, by inni o nich usłyszeli. Zostaną wydane. – mówił to z taką pewnością świetlanej przyszłości, że mały Gerard nie miał innego wyboru, jak tylko mu uwierzyć. Potrzebował tego – kogoś, kto go doceni, dostrzeże jego możliwości i powie, że tak, to jest to, co powinien w życiu robić, a on mu w tym pomoże. Z wdzięcznością uścisnął mocno dłoń Francois i prędko wrócił do domu, tak podekscytowany, że nie mógł nad niczym skupić myśli.

Dla trzech przyjaciół zaczął się dobry czas – przestali być samotni wśród obojętnego tłumu ludzi, którzy nic nie robią, sądząc, że inni zrobią to za nich. Ktoś w nich uwierzył, a oni zaczęli traktować swoje marzenia jak coś, co naprawdę może się spełnić. Przestali jęczeć, narzekać, mówić, co też mogliby zrobić – zaczęli działać. Otrzymali szansę od losu i nie zamierzali tego zmarnować.

Mały Gerard zaczynał swój dzień od północy, pisząc nieprzerwanie do samego rana, później robiąc sobie przerwę na śniadanie, kilka filiżanek kawy oraz mały spacer, i pisał dalej. Czasem bez słowa wychodził z domu, niosąc pod pachą zeszyt i wracając uśmiechnięty – najprawdopodobniej posiadał zaufaną osobę w Arles, która czytała i oceniała jego opowiadania. Był bardzo roztargniony – jedząc obiad nie za bardzo zastanawiał się, co je, więc współlokatorzy, jako najlepsi przyjaciele nie mogli obejść się bez robienia mu psikusów. Kiedy siedział w fotelu, myśląc nad fabułą kolejnego opowiadania, z wielką przyjemnością głaskał szorstkie futro tulącego się do niego psa. Znalazł go pewnego razu pod domem i, jako że miał miękkie serce, przygarnął go do siebie. Przyjaciołom chwalił się, że nie musi nawet wyglądać przez okno. Wystarczy, że zapyta swojego psa: „Pada deszcz?”, a on mu odpowie „Tak, pada”, i wszystko jest w porządku.

arles9

Łysy Gerard sprawiał wrażenie, jakby objawił mu się anioł i powiedział, że jego powołaniem na tej Ziemi jest zostanie malarzem. Malował jak opętany, prawie nie opuszczając swojej pracowni i prosząc nawet, by przyjaciele przynosili mu do niej obiad. Kiedy już wychodził, wystarczyło, że zrobił kilka kroków, a już musiał biec z powrotem do domu, krzycząc, jak wspaniały jest ten krajobraz, jakie kolory, jakie światło, i że od razu musi to przenieść na płótno. Jako malarz przeżywał obsesję, nie poddając się nigdy, także wtedy, gdy ktoś wyjątkowo krytycznym okiem patrzył na jego dzieła. Wciąż powtarzał, lubił to nawet mówić sam do siebie, że jeszcze przed końcem roku będzie sławny w całym Arles, jak mu to obiecał Francois.

Michel dalej snułby swoje rozważania, gdyby nie to, że jednego ranka, wstając z łóżka uderzył się w głowę i niedługo później odkrył, że potrafi wspaniale grać na klawesynie. Od tej pory grał w kawiarenkach oraz miał swoje koncerty na licznych przyjęciach. W końcu trafił do kościoła, ale nie, jako ksiądz, tylko organista, bardzo dumny z tego, że nikt nie wychodzi, kiedy on zaczyna śpiewać. Był to pierwszy taki okres w jego życiu, kiedy doświadczył tej odrobiny szczęścia i poparcia innych ludzi, co pozwoliło mu na ten czas stać się tym, kim zechciał.

W listopadzie mały Gerard przekazał Francois kilkanaście swoich najlepszych opowiadań, w które przelał całą duszę, całego siebie i całe swoje życie, musząc ponieść wielki ból, aby stworzyć coś pięknego. To, co czuł, było zbyt blisko niego, aby mógł to dostrzec – ujawniało się podczas pisania. Francois obiecał, że dobrze zajmie się tymi opowiadaniami. Przyjął również obrazy łysego Gerarda, zarzekając się, że nie jest tego godzien, ale rozsławi te wielkie dzieła. Oprócz tego stał się menadżerem Michela, kierując jego karierą i pokazując mu, jak zarabiać pieniądze, udowadniając ich siłę.

Życie toczyło im się jak najlepiej. Czuli oddech zbliżającego się szczęścia i niemalże już w nim żyli. Dni mijały szybko, ale nie były już niezauważane, nie przemykały obok nich jak cienie. Te same tygodnie spędzane w innych okolicznościach byłyby udręką, ale tutaj, w Arles, przepełnione były optymizmem.

Trzej przyjaciele zaczęli układać sobie różne sprawy z nadzieją, że będą mogli tu zamieszkać na dłużej, a nawet dotrwać szczęśliwej starości. Zawierali znajomości z sąsiadami, poznawali tutejsze tradycje, a ulice znali tak, jakby od urodzenia mieli zapisaną gdzieś w głowie mapę Arles. Michel odnalazł miłość: była to zabawna kobieta, której na wszystkim zależało i która lubiła mówić na niego „świrus”, „głupek”, a on wtedy najbardziej ją kochał. Przyjaciele zazdrościli mu, zaraz potem jednak ponownie zanurzając się w pracy, czekając na ten wielki dzień, kiedy ich ogromne starania i talenty wykorzystywane do granic możliwości zostaną dostrzeżone przez innych ludzi.

arles10

Wszystko dalej byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby chłodnego, grudniowego poranka nie przyszedł dosyć gruby list od rodziców małego Gerarda. Natychmiast porwał go łysy Gerard, zawsze spragniony najnowszych wieści. Ostrożnie otworzył kopertę i sprawdził zawartość.

  • Zobacz, przysłali ci książkę! – wykrzyknął podekscytowany, jakby nigdy nie widział czegoś podobnego na oczy. – Napisał ją Francois, wyobraź sobie, Francois! Nie wiedziałem, że potrafi pisać! Niesamowite! – z wielkim nabożeństwem otworzył ją i zaczął przeglądać, czytając po kilka zdań z przypadkowych stron. – To opowiadania. Bardzo dobre. Powiem wręcz, że dotąd nie czytałem czegoś podobnego! Ale poczekaj, ciekawe, co piszą twoi rodzice… – mały Gerard nie ruszał się z miejsca, z zaufaniem pozwalając przyjacielowi otworzyć list. – A więc tak… nie piszą zbyt wiele. Na pewno przyjadą niedługo. Mówią też, że przesyłają prezent dla ciebie, abyś zobaczył, jak wyglądają najlepsze opowiadania naszych czasów i może w ten sposób czegoś się nauczył. – łysy Gerard oddał mu kopertę wraz z książką.

Mały Gerard wziął je bez większe entuzjazmu, w duchu mówiąc sobie, że rodzice jeszcze nic nie wiedzą, ponieważ nie czytali tego, co on napisał. Nie były to myśli narcystyczne, raczej pełne satysfakcji. Wystarczyło jednak, by spojrzał na pierwszą stronę książki, tytuł, rytm, używane epitety, dobór słów i budowanie zdań, by gwałtownie podniósł się z fotela i rzucił książką o ścianę, krzycząc na całe gardło, tak, że ciekawscy gapie zatrzymali się na ulicy, obserwując to zajście.

  • To moje opowiadania! On wydał moje opowiadania pod swoim nazwiskiem! I rodzice, rodzice mówią mi, że mam tak pisać…Oszust! Kłamca! Złodziej! – otworzył okno na całą szerokość. – Zabiję Francois, słyszycie to wszyscy? Zabiję go! – wrzeszczał tak długo, aż zdarł sobie gardło i wyczerpał mu się cały zapas obraźliwych epitetów, które teraz ludzie zaczęli ciskać w jego stronę, wyzywając i narzekając, że zakłóca spokój miasta.

Spokój miasta? Czym był, jeśli prosty człowiek uczciwie nie mógł wyrazić siebie, a jego sukces był mu zabierany? Jeśli ten, który powinien być bohaterem, stawał się znienawidzony przez tłum? Jak można być spokojnym, kiedy niszczone są marzenia, a całe życie grzebane jest na skromnym pogrzebie byle gdzie, na który nikt nie przychodzi? Co to za spokój, kiedy każdy zamyka się we własnym pokoju?

Kilka dni później łysy Gerard dowiedział się, że jego obrazy zostały sprzedane za pokaźne sumy, ale żaden z nabywców nie poznał nazwiska ich prawdziwego twórcy. Do jego kieszeni nie trafiła żadna złota moneta. W jakiś dziwny sposób również dla Michela zamknęły się drzwi wszystkich kawiarni, nikt nie prosił go już, aby grał na weselu. Dziewczyna, która tak była w nim zakochana, odeszła, oświadczając mu, że za mało się starał, kiedy ona również nic nie robiła. Wszyscy znajomi nagle zniknęli, nie chcieli już trzymać z nimi kontaktu. Trzej przyjaciele jakby przestali istnieć, a misternie budowana wiara, ich wciąż podsycane marzenia runęły jak domek z kart, w którym albo czegoś zabrakło, albo w tym momencie zawiał zbyt silny wiatr.

Rozwścieczeni krążyli po mieście, szukając Francois. Widzieli jego pokrzepiający uśmiech, oczy przyjaciela i wszystkie te świecące, fałszywe brylanty, gesty i złudne, puste słowa, którym dali się oczarować. Znaleźli go dosyć łatwo, jakby nigdy nic siedzącego wśród grupy ludzi nad Rodanem. Wydawało się, jakby specjalnie na nich czekał, uśmiechając się pogardliwie.

  • Bardzo was lubię – powtórzył swoje słowa z ich pierwszego spotkania. – Każdy z was ma talent. Cieszę się, że was spotkałem.

Wtedy przyjaciele rzucili się na niego, z całą furią, zamieniając w ciosy wszystkie żale i oskarżenia, całą nienawiść, którą żywili do swojego wybawcy i oprawcy zarazem. Tego dnia nie mieli szczęścia, gdyż liczny tłum, który towarzyszył Francois, stawił się za nim i pomógł pokiereszować trzech nieznanych, młodych mężczyzn, aby już nigdy nie wyglądali tak, jak wcześniej. Leżeli nad Rodanem, dopóki kilku miłych żebraków nie zaniosło ich z powrotem do domu – na jego progu czekali już na nich rodzice małego Gerarda. Najpierw przerazili się, potem wezwali mieszkającego najbliżej doktora i zostali ze swoim synem i jego przyjaciółmi do czasu, aż wszyscy nie wyzdrowieli. Wtedy, pewni, że są oni już zdolni do pracy i normalnego funkcjonowania, opuścili ich i powiedzieli, że w nowym roku nie będą im przysyłać żadnych pieniędzy. Nie zamierzali wysłuchać ani słowa wyjaśnienia.

W ostatni dzień roku trzej przyjaciele pragnęli odzyskać utracone życie, zacząć je na nowo albo, chociaż w jakiś sposób powrócić do tego, co mieli kiedyś. Udali się na zabawę, lecz nie tańczyli tam, nie bawili się, a stali z boku tak, aby nikt ich nie widział, jak duchy obserwujące życie na świecie, w którym ich już nie ma. Wrócili do domu około czwartej nad ranem, zastając puste pokoje, pozbawione wszystkich kosztowności, ubrań, a nawet kulawych krzeseł. Ktoś ich okradł, zostawiając na drzwiach kartkę: „Szczęśliwego Nowego Roku”.

  • Chyba możemy już iść, nie sądzicie? – powiedział smutno Michel, a pozostali pokiwali głowami. Nie mieli nawet siły, by krzyczeć ze wściekłości.

arles12

Byli bardzo osłabieni, nie widzieli dalszego sensu życia, ale mimo to kontynuowali wędrówkę. Padli ofiarą okrutnego żartu, los zadał im ból i wystawił na pośmiewisko, otaczając fałszem i pustką, wmawiając, ze sami mogą osiągnąć wszystko, jeśli tylko będą wierzyć, intensywniej próbować i śmielej wyciągać rękę po szczęście. Nie było to jednak to miejsce ani ten czas. Zabrakło im wsparcia na drodze do marzeń, jednej szansy, jednego dobrego człowieka, jednej pozytywnej myśli. Jak mówią ludzie, nie zawsze można dostać to, czego się pragnie. Jeśli posiadamy to, czego potrzebujemy – nie zależy to tylko od nas.

Trzej przyjaciele postarzeli się o kilka lat, wracając do punktu, z którego wystartowali, znowu nie wiedząc, kim są, czego chcą, dokąd mają iść. Oprócz niepewności i wielu wątpliwości wzbierała w nich również nienawiść, niechęć do świata – nie ufali już ludziom, nie ufali również sobie ani swoim marzeniom. Łysy Gerard znienawidził swoje obrazy, mały Gerard opowiadania, a Michel nie mógł nawet spojrzeć na klawesyn. Pozbawili się marzeń i celu, pozbawili się wizji samych siebie, które pragnęli osiągnąć, nie chcąc już doznać kolejnego rozczarowania, być tragicznymi postaciami grającymi w dramacie, którego końca nie byliby w stanie dotrwać. Znajdując się na krawędzi przepaści, nie posiadając żadnego oparcia, skały, której mogliby się trzymać, stali się bezdomnymi, włóczęgami bez imienia. Stali się nikim, nie posiadali niczego, a to oznaczało, że byli zdolni do wszystkiego.

Szybko dowiedziały się o tym ich rodziny, odnalazły ich i zabrały do domów, gdzie starano im się przywrócić wiarę w siebie i w dalsze życie. Rzeczywiście, można powiedzieć, że po kilku miesiącach trzej przyjaciele podnieśli się z upadku i ruszyli dalej, z dawną wytrwałością i uporem. Każdy z nich znalazł dobrze płatną pracę, a wkrótce też poznali dobrych ludzi, wzięli śluby, a miłość dała im szczęście i żyli w ten sposób, kontynuując swoją wędrówkę, każdego dnia starając się jeszcze bardziej oddalić od przeszłości. Przeszłość, jakie to dziwne…

30 lat później do domu małego Gerarda w Paryżu zapukał dziennikarz, kiedy trzej przyjaciele akurat grali w karty. Wpuścili go, trochę zdziwieni, podali filiżankę kawę i zapytali, w jakiej sprawie ich odwiedza.

  • Napisał pan świetne, ponadczasowe, nieśmiertelne opowiadania. Chciałem przywrócić je panu i pomóc zyskać sławę, która pana niesprawiedliwie ominęła. – powiedział konkretnie, mrużąc przy tym oczy jak kot.

  • Nie wiem, o czym pan mówi – jak błysk wystrzeliwanych w niebo fajerwerków, w oku małego Gerarda na chwilę pojawiło się małe światełko, ale zaraz zniknęło, a mały Gerard natychmiast udzielił odpowiedzi i postanowił wyprowadzić dziennikarza z domu. Gdy tylko ponownie usiadł przy stoliku, trzej przyjaciele, jakby nic ważnego się nie zdarzyło, powrócili do gry w karty.

Trzej przyjaciele bardzo często się spotykali. Mieli trzech synów, którzy również nawiązali ze sobą bliskie znajomości. Mały Gerard, łysy Gerard i Michel dużo z nimi rozmawiali. Synowie bardzo kochali swoich ojców. Gdy tylko osiągnęli dorosłość, wyruszyli w podróż przez wszystkie zakątki świata w poszukiwaniu szczęścia.

Mikołaj Wyrzykowski

(Nico Cigale)

Ciąg dalszy nastąpi

Aby zamówić tę lub inne moje książki, wystarczy skontaktować się ze mną przez e-mail: mikiotor@gmail.com lub Facebook.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *