Zrządzenie losu no.13

14 lipca

Jechaliśmy między wiejskimi gospodarstwami, a samochód na smętnych od deszczu wzgórzach unosił się niczym statek na falach. Mijaliśmy właśnie kościół w jakimś miasteczku, gdy Julia chwyciła prowadzącego Roberta za ramię.

  • Zatrzymajmy się tutaj, proszę – były to pierwsze słowa, jakie usłyszałem z jej ust od dwóch dni, wypowiedziane gorączkowym i naglącym głosem. – Czuję, że powinniśmy się tutaj zatrzymać.

Wysiedliśmy na parkingu niedaleko kościoła. Padała lekka mżawka, nadając jego murom posępny wygląd. Za nami stało jeszcze kilka samochodów, które chciały zaparkować. Przeskakując przez kałuże, mijaliśmy kolejne piekarnie i kawiarnie, by dotrzeć do drzwi kościoła

Julia pchnęła je mocno i weszła do środka. Właśnie trwała Msza św. Dołączyliśmy się, zajmując miejsca w jednej z tylnych ławek.

Drzwi pozostały otwarte. Z ulicy dochodził szum deszczu i przejeżdżających samochodów oraz gwar ludzkich głosów. Wewnątrz cisza. Czasem tylko ktoś kaszlnął, przestąpił z nogi na nogę, podrapał się za uchem. Przede mną stał mężczyzna o wysoko uniesionym podbródku, skryty za grubymi szkłami okularów. Obok niego zajęła miejsce drobna staruszka, która z namaszczeniem przesuwała paciorki różańca, mimo trzęsących się rąk. Rozejrzałem się dokoła. Wydawało mi się, jakby zgromadzone tutaj osoby wcale nie były sobie obce – nawet my, po raz pierwszy uczestniczący we mszy św. w tym kościele, byliśmy częścią tego grona przyjaciół.

Wszedł brodaty, ubrany bez większych ozdób ksiądz wraz z kilkoma ministrantami. Stojący w rogu zespół zaczyna grać- dźwięki fletu, organ i dwuosobowego chórku łączyły się w powietrzu i jak wiatr krążyły po kościele, napełniając każdego z osobna – jakbyśmy to właśnie my, wszyscy razem, byli źródłem tej muzyki. Kobieta śpiewała, muzyka była piątym żywiołem, nad którym właśnie zdobyła panowanie. Jej głos był wibrujący, podniosły, eteryczny- sprawiał, że czułem się, jakbym właśnie uczestniczył w czymś wielkim. W tym wyjątkowym brzmieniu łączyły się z sobą wszystkie światy.

Głos księdza plątał się pomiędzy wysokimi kolumnami, uciekając ku niebu przez zakamarki dachu i stając się światłem wpadającym do środka przez witraże. Ten śpiew: mocny, a zarazem delikatny i bardzo czysty, śpiew anioła, który tylko na chwilę zstąpił na ziemię. Kiedyś ktoś mi powiedział, że ten, kto śpiewa, dwa razy się modli, a ja dopowiedziałem sobie, że ten, kto fałszuje, modli się trzy razy, wobec tego śpiewałem, a raczej próbowałem śpiewać po francusku, czytając teksty pieśni z otrzymanej na wejściu kartki. W myślach modliłem się o to, żeby wszystko jakoś się ułożyło, żeby Julia, żeby Robert…tak, żeby znów było w porządku.

Donośne, wibrujące „Alleluja” zawierało w sobie całą siłę życia: wstrząsnęło kościołem, a przy tym ja sam poczułem, jakbym narodził się na nowo. Robert niespokojnie stukał palcami o ławkę. Spojrzałem na Julię i zdało mi się, że ma łzy w oczach.

Brodaty ksiądz wyśpiewał Ewangelię – nie rozumiałem ani słowa, ale jego śpiew poruszał jakieś wrażliwe struny mojej duszy. Kilkanaście minut później zdziwiłem się, widząc, jak prawie wszyscy ludzie podnoszą do góry ręce przy „Ojcze nasz”. Popatrzyłem na przyjaciół i dostrzegłem, że również podnieśli ręce, wobec czego poszedłem w ich ślady. Czułem, jak powoli uwalniam się z łańcuchów, które dotychczas mnie więziły: opadały bariery, a sztuczne mury, którymi dotychczas się ograniczałem, stawały w ruinie. Właśnie w tym momencie coś się we mnie zmieniło, odblokowało: z więźnia własnego umysłu stałem się wolnym człowiekiem.

stcyr8

Po chwili w kościele rozpoczęła się radosna krzątanina. Każdy opuszczał swoje miejsce, by odnaleźć znajomego, sąsiada, babcię czy siostrę i przekazać im znak pokoju: rzadko kiedy uściskiem dłoni, raczej czułym pocałunkiem, przytuleniem. Razem z Robertem i Julią popatrzyliśmy na siebie i pchnięci wewnętrznym impulsem uścisnęliśmy się: podczas tej długiej chwili, gdy byliśmy tak blisko, uświadomiłem sobie, jak bardzo, mimo wielu przeszkód i złego losu, który czasem odbiera mi nadzieję, jak bardzo jestem szczęśliwy.

  • Bon dimanche – powiedział ksiądz i uścisnął nam dłonie, żegnając przy wyjściu, a my uśmiechnęliśmy się, również życząc mu miłej niedzieli.

Deszcz przestał padać, a niebo się wypogodziło. Powietrze było ciepłe i rześkie. Znajdowaliśmy się w jakimś miasteczku na Lazurowym Wybrzeżu, którego nazwy nie znaliśmy. Na głównym placu złota Statua Wolności błyszczała w słońcu. Ludzie siedzieli w kawiarenkach, słuchając akordeonisty stojącego pod fontanną, albo zmierzali na kolorowy rynek, z którego słychać było głosy sprzedawców zachęcających klientów do kupna ich wyrobów.

  • Już jest dobrze – powiedziała Julia i uśmiechnęła się na dowód swoich słów. – Możemy jechać dalej.

stcyr5

Razem z Robertem jeszcze przez chwilę obserwowaliśmy, jak biegnie codzienne życie miasteczka, jak kobiety otwierają niebieskie okiennice, mężczyźni spieszą do domów z ciepłymi bagietkami w rękach, a dzieci gonią się ze sobą. Przez chwilę mój wzrok przykuł mały piesek, który pragnął napić się wody z fontanny pod Statuą Wolności, ale miał za krótką szyję, by tego dokonać.

  • Chyba chciałbym tutaj zostać – powiedziałem. Była to zwykła chęć, podobna pragnieniu pieska przy fontannie: kierowało mną dziwne, niejasne przeczucie, które kazało mi wypowiedzieć te słowa.

Przyjaciele popatrzyli na mnie, zaskoczeni.

  • Nie mamy gdzie nocować – zaoponowała Julia, lecz jej głos nie przybrał tonu odmowy.

Robert natomiast nie wyraził na głos swojego zdania, nie zastanawiał się czy tak, czy nie i czy warto. Za to go właśnie lubiłem: zawsze więcej robił niż mówił. Popchnął lekko mnie i Julię, schodząc ze schodów prowadzących do kościoła.

  • No, chodźcie – powiedział. – Nie stójcie tak, chodźcie.

stcyr6

Skierowaliśmy się na rynek, gdzie tłum ludzi przelewał się między straganami. Były tutaj lniane ubrania, wina do degustacji, warzywa, owoce, tradycyjne prowansalskie ciasteczka, sery, kiełbasy, na wpół-żywe langusty położone na lodzie, był pewien mężczyzna w kapeluszu panama, nucący jakąś piosenkę Erica Claptona, była grupka czarnoskórych muzyków-amatorów, którzy grali na bębenku djembe, marakasach i ukulele. Sprzedawcy krzyczeli głośno, zachwalając swoje towary. Minęliśmy rodzinę w hawajskich koszulkach, która prowadziła przed sobą dwa psy rasy collie i Robert nagle zatrzymał się przed kobietą, która smażyła kalmary na ogromnej patelni.

  • Jesteś szalony – powiedziałem mu, ale nie zwrócił na mnie uwagi.

  • Spróbujmy tego – zaproponował. – Chcę korzystać, rozumiecie.

Z porcją kalmarów zapakowaną w plastikowy pojemnik poszliśmy na boulodrome, by obserwować, jak starsi panowie grają w kule. Rzucając, twarze mieli absolutnie skupione, by zrobić to z odpowiednią siłą i w odpowiednim kierunku, z uwzględnieniem terenu, który czasem bywa zwodniczy: tak by ich kula znalazła się jak najbliżej świnki, czyli cochonet. Niektórzy zbijali kule przeciwników, inni dążyli do celu spokojnie, rzut po rzucie będąc coraz bliżej świnki. Gra ta wydawała mi się pasywna i nudna, choć panowie byli nią bardzo przejęci. Mężczyzna, który siedział na wózku inwalidzkim w białym kapelusiku, z wyraźnymi emocjami komentował przebieg gry. Inni klepali siebie po plecach, czasem słychać było okrzyk radości, gdy czyjaś kula znalazła się bardzo blisko świnki. Po jakimś czasie ucichł brzęk kul, starsi panowie oddalili się, a ich miejsce zajęli chłopcy, którzy zaczęli tutaj grać w piłkę nożną.

Minęło południe i powoli stawałem się lekko zaniepokojony. Robert powiedział, że jest to nadmorskie miasteczko i moglibyśmy pójść na plażę, ale nie dałem mu się przekonać. Musieliśmy znaleźć jakiś nocleg gdzieś w okolicy St Cyr sur Mer, bo, jak się dowiedzieliśmy, właśnie tak nazywało się to miasteczko.

Kupiliśmy po jednej porcji paeli i skierowaliśmy się na parking. Byłem zdziwiony, widząc, jak ludzie się tutaj uśmiechają, nawet tak po prostu, idąc przez ulicę. Kierowcy samochodów zatrzymywali się za każdym razem, gdy tylko zbliżaliśmy się do przejścia dla pieszych. Pozytywne nastawienie do życia mieszkańców St Cyr tłumaczyłem sobie dużą ilością słońca, którym mogą się cieszyć.

Robert przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zakaszlał i odpalił.

  • To co robimy? – zapytała Julia, a w jej głosie można już było wyczuć nutkę niepewności.

Robert również spojrzał na mnie trochę bezradnie.

  • Po prostu pojeździmy trochę po okolicy. Może znajdziemy miejsce, gdzie będziemy mogli rozbić namiot. – powiedziałem, w duchu już zaczynając się modlić, by ten dzień dobrze się skończył i by nikt z nas nie powiedział znowu, że ma ochotę wracać do domu.

Przez kilka długich godzin włóczyliśmy się po wąskich, górzystych drogach prowadzących między zielonymi polami winorośli, kursując pomiędzy La Ciotat, Bandol i Le Beausset. Parę razy znaleźliśmy miejsce, które nadawało się do rozbicia namiotu, ale zawsze ktoś podnosił sprzeciw, mówiąc, że na pewno przed nami jest jeszcze coś lepszego. Powoli zapadał wieczór, gdy powróciliśmy do wzgórz St Cyr, skąd rozciągał się wspaniały widok na morze i ostre skały w La Ciotat, które wbijały swoje zęby w błękit nieba. Gdy podziwialiśmy ten obraz, pragnąc jak najdłużej zatrzymać go w pamięci, w szybę samochodu zapukał młody chłopak, który chyba właśnie wrócił ze spaceru po lesie i wyglądał zupełnie jak Alain Delon.

  • Salut! Vous venez de Pologne? – kiwnęliśmy głowami, reagując na ostatnie słowo. – Ah, c’est bon, j’ai beaucoup des amis en Pologne. Qu’est-ce que vous cherchez? La place pour dormir?

  • Oui – odpowiedziała Julia.

  • Aller, suivez moi! – uśmiechnął się i pobiegł do starego, rozpadającego się Citroena, który stał zaparkowany nieopodal. Odpalił i wyjrzał jeszcze przez okno, machając ręką, byśmy jechali za nim.

  • Jedziemy – powiedział Robert i nacisnął pedał gazu. Zauważyłem, że ręce lekko pociły mu się na kierownicy.

stcyr3

Alain Delon prowadził nas wąskimi, wijącymi się po wzgórzach drogami, na których dwa samochody ledwo mogły się minąć. Jechał przy tym bardzo szybko i pewnie, tak że baliśmy się,by nie stracić ze wzroku. Mijaliśmy laski sosnowe, domy o uroczych okiennicach, drzewa oliwne, rzędy wysokich cyprysów oraz winnice. W pewnym momencie rzeczywiście zgubiliśmy naszego przewodnika, lecz po chwili usłyszeliśmy, jak do nas woła. Jego głos dochodził zza naszych pleców, Robert więc zawrócił i pojechał w tę stronę. Wyboistą drogą wjechaliśmy na ogromną posesję i gdy tylko zachodzące słońce przestało nas oślepiać swym rażącym, pomarańczowym blaskiem, zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy na winnicy.

Robert zatrzymał się pod starym drzewem oliwnym, odetchnął z ulgą i powiedział:

  • Jesteśmy.

Alain Delon zaprowadził nas do wybudowanego z kamieni domu, po którego murach wspinała się zielona winorośl. W powietrzu czuć było zapach melonów i kwiatów rosnących w ogrodzie. Chłopak, który nas prowadził, zapukał do drzwi wykonanych z solidnego, grubego drewna. Usłyszeliśmy kroki i po chwili otworzył nam dość przysadzisty mężczyzna o siwej brodzie i czujnych oczach, które natychmiast zwróciły się ku naszym twarzom. Alain Delon powiedział mu parę słów, po czym pożegnał się z nami i pobiegł do samochodu. Gospodarz zaprosił nas do środka.

We wnętrzu pachniało winem. Usiedliśmy przy stole, a mężczyzna otworzył butelkę, wyjął cztery kieliszki i usiadł razem z nami. Nalał wino do kieliszków – było gęste i miało głęboką, czerwoną barwę.

  • Sante – powiedział gospodarz, stukając się z nami kieliszkiem. – To na dobry sen.

stcyr2

Zaczął opowiadać o winnicy. Mówił, jak trzeba dbać o winogrona i że wytwarza wino tylko z tych najlepszych, najsłodszych, najdojrzalszych. Wyjaśniał, jak wygląda praca na winnicy, wspomniał też coś o historii tego miejsca. Opowiedział o procesie produkcji, fermentacji i czteroletnim dojrzewaniu czerwonego wina w dębowych beczkach, później zaś przeszedł do samego smaku tego napoju Bachusa, opisując go poetyckim, kwiecistym językiem. Z szafy wyjął kilka butelek z różnych roczników i zaprosił nas do degustacji. Sam przedstawił się dopiero na końcu, jakby to było najmniej ważne: zdążyliśmy już spróbować dwóch rodzajów wina czerwonego oraz różowego.

  • Baptiste – uścisnął nam po kolei dłonie i my również się przedstawiliśmy. – Mówicie, że chcielibyście się tutaj zatrzymać? – kiwnęliśmy głowami. On zastanowił się, po czym kontynuował. – Bo, tak się składa, szukam również pracowników. – poczułem, jak krew zaczyna mi szybciej krążyć w żyłach. Do tej pory nasza dalsza podróż stała pod znakiem zapytania również z powodów finansowych. – Moglibyście tutaj mieszkać i pracować, co wy na to?

  • Nous serions tres hereux – odpowiedziała po francusku Julia, uśmiechając się przy tym szeroko. Zdawało mi się, że słyszę, jak nam wszystkim głośno biją serca.

Właściciel winnicy również się uśmiechnął, a jego czujne, niebieskie oczy nabrały ciepłego blasku. Wstał, a ja pomyślałem, że chce się już z nami pożegnać i życzyć dobrej nocy.

  • Mamy namiot… – zacząłem, ale on machnął na to ręką.

  • Chodźcie za mną – powiedział.

Wyszliśmy na zewnątrz i poszliśmy dalej, otoczoną przez kwiaty drogą, która zaprowadziła nas do domku, przy którym paliła się pojedyncza, zawieszona na drzewie latarenka. Baptiste zaprosił nas do środka, pokazał wszystkie pokoje, opowiadając że nikt tutaj od dawna nie mieszkał, ale że możemy czuć się jak u siebie. Na koniec zapytał, czy chcielibyśmy mieć dzień wolnego, żeby trochę odpocząć, ale my odpowiedzieliśmy, że chętnie zaczniemy pracę od jutra. Baptiste ponownie się uśmiechnął, jego oczy błysnęły w ciemności, gdy przekraczał próg.

  • A bientot – powiedział, żegnając nas i odchodząc w stronę swojego domu.

Nie mogliśmy uwierzyć w to, co właśnie się stało. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu, a kiedy ten obraz nie zniknął, nie rozpływając się jak piękny sen, wybuchnęliśmy głośnym, radosnym śmiechem, który rozlał się po całej winnicy i niczym iskry z ogniska wzniósł wysoko ku niebu, ku gwiazdom. Zniknęła cała niepewność, napięcie, które towarzyszyło nam do tej pory. Byliśmy szczęściarzami. Robert włączył radio, z głośników dobyły się dźwięki „C’est une belle historie” Michela Fugaina, a my, śpiewając, zaczęliśmy nosić bagaże z samochodu do domu. Światła w oknach paliły się jeszcze do późna i gdyby ktoś właśnie przechodził obok, wcale nie zdziwiłbym się, gdyby pomyślał, że na winnicy musieli zamieszkać jacyś wariaci.

Kiedy Robert i Julia zaczęli powoli kłaść się do łóżek, ja wstałem jeszcze i podszedłem do drzwi.

  • Karol, dokąd ty idziesz? Usłyszałeś głosy syren? – zapytał Robert zmęczonym głosem, już prawie zasypiając.

  • Tak jakby. Idę się przejść. – odparłem.

stcyr9

Wyszedłem na winnicę. Powietrze było chłodne i bardzo przyjemne. Nadstawiłem uszu i nosa, wytężyłem wzrok, jak gąbka chłonąc wszystko, co nowe, co docierało do moich zmysłów. Nieskazitelnie biały koń stał i prężył się dumnie za ścianą drzew oliwnych, rzędy winorośli sprawiały wrażenie, jakby od zawsze były wtopione w krajobraz tego miejsca. Pulchny księżyc zalał mlecznym blaskiem kamienny domek, na którego popękanych murach mnożyły się zielone liście. Przeniosłem wzrok od ogromnego, wyrastającego z otchłani nocy drzewa do świateł płonących w oknach domów przy porcie La Madrague. Zdałem sobie sprawę, że właśnie dziś jest 14 lipca i zobaczyłem, jak barwne, nie kończące się salwy fajerwerków wystrzeliwane są w niebo, by tam zabłysnąć na chwilę i opaść na ziemię niczym złoty deszcz. Z portu dobiegały dźwięki muzyki, właśnie trwała zabawa. Spacerowałem dalej. Minąłem porzucony, zardzewiały samochód, by pójść drogą wiodącą do ciszy domku Baptiste’a, Zaszczekał jakiś pies i zawróciłem, uznając, że jest to znak, by zakończyć spacer.

Położyłem się do łóżka. Robert i Julia już spali, lecz ja jeszcze przez chwilę leżałem, wpatrując się w sufit. Myślałem o tym, co zostawiłem za sobą, obrazy z przeszłości niczym fajerwerki pojawiały się i błyszczały w mojej głowie. Pomyślałem, że tak, oczywiście, są rzeczy, których mi brakuje i że przyszłość jest zawsze niepewna, ale niczego nie żałuję i wiem, że teraz, kołysany do snu śpiewem cykad, jestem naprawdę szczęśliwy i wszystko jest zupełnie w porządku.

Mikołaj Wyrzykowski

(Nico Cigale)

Ciąg dalszy nastąpi

Aby kupić tę lub inne moje książki, wystarczy skontaktować się ze mną przez e-mail mikiotor@gmail.com lub Facebook.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *