Zrządzenie losu no.14

15 lipca

Obudziłem się w cudownie rzeczywistej nierealności. Wschodzące słońce zaglądało przez okno, napełniając wnętrze domu złotym blaskiem. Zjedliśmy śniadanie w wyśmienitym humorze. Julia opowiadała o swoim śnie, zaś Robert, obierając pomarańczę, snuł zabawną historyjkę o tym, jak kiedyś miał alergię na ten owoc, ale wystarczyło, że go zjadł, a mu przeszło.

Praca na winnicy nie okazała się taka łatwa, jak nam się na początku wydawało, ale po kilku dniach przyzwyczailiśmy się do prażącego słońca, a po tygodniu wiedzieliśmy już jak przycinać i pielęgnować winogrona. Podobało mi się, że przez moją pracę mam wpływ na smak wina wytwarzanego na winnicy. Baptiste nauczył nas, że natura jest piękna ale również bezlitosna: ścinaliśmy małe, słabe kiście winogron, by te większe nabrały jeszcze więcej siły i czerpały więcej soków odżywczych. Małe kiście użyźniały glebę, a z kamieni, pośród których rosły winorośle, stawiano mury domów. Na winnicy nic się nie marnowało.

Pewnego popołudnia Baptiste zaprosił nas na pastisa. Rozmawialiśmy trochę o winnicy. Dowiedziałem się, że jest ona w posiadaniu jego rodziny od pokoleń i że niektóre rosnące tutaj drzewa oliwne pamiętają czasy średniowiecza. Odkryłem również, że zaczynam coraz więcej rozumieć po francusku.

Baptiste pożyczył nam trzy rowery, zachęcając, byśmy pojechali na plażę.

  • Morze jest piękne. Zawsze chciałem wypłynąć na szerokie morze. – powiedział, a że stałem najbliżej, klepnął mnie po ramieniu. W przeciwieństwie do niego, zawsze bałem się morza: jego ogromu, potęgi, wrażenia nieskończoności i tego, jak jesteśmy malutcy wobec jego siły.

 

Wsiedliśmy na rowery. Były chyba dawno nieużywane i trochę ciężko chodziły, ale jakoś sobie z nimi poradziliśmy – droga prowadziła z górki. Minęliśmy pielęgnującego kwiaty ogrodnika, który rzucił nam krótkie Bonjour: był to człowiek kościsty i sprawiający wrażenie lekkiego jak piórko, ubrany na biało z beżowym kapelusikiem i nieodłącznym atrybutem w postaci solidnej taczki. Następnie skręciliśmy w lewo i w tym momencie mogliśmy przestać pedałować: droga niosła nas sama, gdy przemykaliśmy obok drzew oliwnych, osiągając coraz większą prędkość.

Osiągnęliśmy morze we Vieux Port, gdzie ludzie w strojach pływackich spieszyli do czekających na nich łódek. Następnie skierowaliśmy się na Les Lecques, wkraczając w turystyczne centrum miasta. Starałem się udawać tubylca, ale jak na razie ludzie uważali mnie za Hiszpana albo Włocha – choć wtedy jeszcze nie byłem tak opalony.

madrague2

Zaczęła się jazda pod górkę i mężczyzna w jasnej koszuli i śmiesznej czapeczce dopingował nas, klaszcząc rytmicznie. Droga była ciężka – pięła się stromo pod górę i teraz już zupełnie nie mogłem zrozumieć spotkanych podczas wcześniejszej podróży kolarzy, które z takim zapałem pokonywali kolejne wzgórza, a peleton wciąż powiększał się, blokując przejazd samochodom. Dla mnie osobiście przystanek przy Czytelniczce, pomnikiem znajdującym się w La Madrague, był dla mnie prawdziwy wybawieniem i zatrzymałem się tam, ledwo mogąc złapać oddech.

Julia od razu położyła się na ławce, zaś Robert z uśmiechem, nie zdradzając żadnych oznak zmęczenia, usiadł przy Czytelniczce.

  • Ładnie tu – powiedział, jakby właśnie przystanął w lesie podczas niedzielnego spacerku.

Kiedy trochę odpocząłem, przyznałem mu rację. Naprzeciw nas znajdowała się plaża, jakby wycięta przez morze w stromej skarpie: na ostrej, brązowej skale rosła karłowata sosna, zaś za nią, w oddali widać było ludzi spacerujących po nadmorskiej promenadzie. Woda w małej zatoczce była zupełnie przejrzysta i wydawało mi się, że nawet z tej wysokości potrafię dostrzec pływające w niej ryby.

Jeśli sięgnąć wzrokiem dalej, można było dostrzec sznur maleńkich, kolorowych żaglówek, podążających za motorówką jak kaczątka za kwoką. Płynęły na głębokie morze, nieco strwożone, ale i zdeterminowane, odcinając się na tle skalnego masywu w La Ciotat. Na niebie nie było tego dnia żadnej chmurki, morze zaś, wahając się między ciemnym a jasnym, łączyło się na horyzoncie z niebem: lazur morza i lazur nieba były jednością.

Z przyjemnością zjechaliśmy na dół aż do Office du Tourisme, przy którym zostawiliśmy rowery. Przeszliśmy się kawałek promenadą i kupiliśmy churrosy, przepyszne, hiszpańskie ciasteczka smażone na tłuszczu. Chrupiąc je powoli, usiedliśmy na ławeczce, obserwując leżących na plaży ludzi. Według tego, co mówił Baptiste, mogliśmy rozkoszować się spokojnym morzem jeszcze tylko przez kilka dni, bo później miał przyjść Mistral: chłodny i porywisty wiatr z północy, tak złośliwy, że kiedyś nawet popełniane podczas niego zbrodnie traktowano łagodniej podczas sądzenia.

no14-2

Promienie słońca cudownie iskrzyły się na tafli morza.

  • Szczęście, że tu trafiliśmy. Podoba mi się tutaj. Jest prawie jak w niebie. – powiedziała Julia.
  • Mi też się podoba – zgodziłem się.
  • Może tak właśnie miało być – Robert wypowiedział swoje tradycyjne słowa, które teraz mi pasowały, ale nieraz jeszcze miały mnie wkurzyć. – Morze jest piękne. – dodał.
  • Tak? Ja nie lubię morza.
  • Dlaczego?
  • Jest zbyt ogromne. I za głębokie. Mógłbym utonąć. Wyobrażacie sobie, co by było, gdybym utonął?
  • Nie martw się, ja bym cię uratowała.
  • Akurat. Myślałem, że powiesz, że chciałabyś utonąć ze mną.

Julia zastanowiła się chwilę.

  • Chciałabym utonąć z tobą.
  • O, to już lepsza historia – uśmiechnąłem się do niej.

no14 - 3

Wszyscy zaczęliśmy obserwować staruszka, który siedział na ławce, karmiąc gołębie. Za nim stała kobieta, jego żona, przytrzymując aparat, który pomagał mu oddychać. Po tygodniu zorientowałem się, że przychodzą tu codziennie, dokładnie o tej samej porze.

  • Myślę, że to dobrzy ludzie – powiedziałem, chcąc przerwać ciszę.
  • Też bym chciała być dobra – wzruszyła ramionami Julia.
  • A nie jesteś?
  • O mnie tego nie powiedziałeś – zrobiła smutną minę i udała, że się obraża.

Robert zaśmiał się cicho.

  • Wiecie co? Siedząc tutaj, myślę sobie, że życie jest wielkie. Różni ludzie zajmują się różnymi bzdurami, ale ja chciałbym korzystać, póki nie jest za późno. I…rozumiecie?
  • Jasne, że rozumiemy. To co, może drugą porcję churrosów? – zaproponowałem.
  • Nie lepiej jutro?
  • A jeśli jutra nie będzie?

Julia popatrzyła na mnie, w charakterystyczny sposób kręcąc głową i wypuszczając powietrze z ust.

  • Karol, ty rozrzutniku.

no14-6

Zostaliśmy tu do wieczora, by jak zjawy snuć się po nadmorskiej promenadzie i obserwować dwa światełka – czerwone i zielone – które mrugały do siebie z dwóch krańców portu. Tłum obcych twarzy przelewał się przez promenadę – twarze te żyły przez chwilę w mojej wyobraźni. W rozświetlonych restauracjach turyści, którzy przyjechali tutaj z chłodniejszych regionów Francji, rozkoszowali się smakiem małży z frytkami. Plaża również była zapełniona, ludzie rozkładali koce i małe stoliki, by zjeść kolację i wkroczyć w tryb ciepłej, zdającej się nie kończyć nocy. Naraz kilka osób zerwało się, by pomóc mężczyźnie, który od kilku minut wołał imię swej córki. Po chwili została ona odnaleziona, gdy bawiła się z innymi dziećmi.

Wróciłem myślami do Czytelniczki, które nieprzerwanie, dzień i noc, oparta o otwartą księgę, wpatruje się w dal, obserwuje, jak ludzie znikają i pojawiają się na plaży. Powróciłem do żaglówek wypływających w morze, do skalistej zatoki, do krążącego po niebie samolotu wodnego, co chwila startującego i lądującego…wiedziałem, że wszystko to zostało już zapomniane i nie powróci nigdy, choć wciąż się kręci, przeistacza, na nowo rodząc w swojej śmierci.

Powróciliśmy rowerami na winnicę, oszołomieni, wręcz odurzeni rzeczywistością. Niedługo potem zasnęliśmy. I tak to się toczyło, nikt nie wie jak, podczas gdy dziewczyna opierała się na księdze i nieprzerwanie wpatrywała w dal, w lazur morza, lazur wody, w zachodzące i wschodzące słońce…

Mikołaj Wyrzykowski

(Nico Cigale)

Ciąg dalszy nastąpi

Aby kupić tę lub inne moje książki, wystarczy skontaktować się ze mną przez maila mikiotor@gmail.com lub Facebook.

no14-7

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *