Zrządzenie losu no.15

20 lipca

Życie na winnicy płynęło powoli i przyjemnie. Budziliśmy się wcześnie rano i pracowaliśmy do południa – później mieliśmy już wolne, gdyż Baptiste mówił, że jest za gorąco na pracę. W tym czasie Robert ujawnił swoje talenty kulinarne i przygotowywał pyszne obiady, właściwie jeden obiad, który jedliśmy bardzo często, również na kolację i śniadanie – spaghetti carbonara. Czystą wodę pitną nabieraliśmy ze źródła znajdującego się w ogrodzie dziadka Baptiste’a, który większość dnia spędzał, siedząc na krześle i patrząc, co się dokoła dzieje albo spacerując po winnicy. Kiedyś zapytaliśmy go, dlaczego drzewa oliwne mają tak równo przycięte wierzchołki.

  • Żeby turyści mogli patrzeć na morze – odpowiedział ze śmiechem.

Popołudnia spędzaliśmy, jeżdżąc rowerami po okolicy i oczywiście nad morze, by ochłodzić się podczas tych sierpniowych upałów. Woda była ciepła i pływanie w niej stanowiło prawdziwą rozkosz. Po jakimś czasie nasza skóra zaczęła przybierać ciemniejszą barwę – zaczęliśmy wtedy mówić, że nikt nas nie pozna, gdy wrócimy.

Nazywaliśmy winnicę „domem” i odkrywaliśmy kolejne aspekty codziennego życia na niej, tak jak coraz bardziej odkrywaliśmy samych siebie. Bardzo lubiłem obserwować dojrzewające winogrona, zwłaszcza siedząc w cieniu drzewa oliwnego i czytając książkę. Wszyscy po kolei czytaliśmy powieści Erica Emmanuela Schmitta, by później, wieczorami, móc o nich rozmawiać przed zaśnięciem.

no15-1

  • Czytałeś jego ostatnią książkę? – podeszła do mnie pewnego razu Julia, pokazując mi powieść, którego tytułu już nie pamiętam. – Jest o Francji. Chyba jakieś opowiadania.

Pokręciłem przecząco głową i gdy przez dłuższą chwilę nic nie mówiłem, Julia zapytała zaniepokojona:

  • Wszystko w porządku?

  • Tak. Tylko…czasami myślę o domu. – odpowiedziałem, co stanowiło sporą część prawdy, a więc można było powiedzieć, że jest prawdą.

  • Też tak mam…Słuchaj, może wyślemy pocztówki do Polski? To chyba dobry pomysł, co nie?

  • Co tak – na nowo ucieszyłem się, że ona i Robert są tak blisko mnie.

Gdy nie mieliśmy co robić, uczyliśmy się śpiewać i układaliśmy różne głupie piosenki. Wszystkie one na zawsze będą kojarzyć mi się z Prowansją. Podobnie jak tarta owocowa, którą Robert uparł się, by piec codziennie i w ten sposób po wszystkie dni zakotwiczyć ją w naszej pamięci.

no15-9

Pewnego dnia Baptiste ściął lawendę w swoim ogrodzie i Julia poczuła, że ma misję od Boga, aby układać z niej bukiety – potrafiła zajmować się tym całymi popołudniami. A kiedy usłyszała, że będzie można dzięki temu robić lawendowe ciasteczka i lody, zupełnie oszalała na punkcie tego zioła, tak że nasz dom od rana do wieczora przesycony był jego cudownym, orzeźwiającym zapachem. Robert natomiast zapalił się dopiero, gdy usłyszał o nalewce lawendowej.

W weekendy jeździliśmy po okolicznych miasteczkach. Byliśmy w Bandol i La Ciotat, ale bardziej od nich spodobało nam się małe, położone na górzystym terenie miasteczko Ceyreste. Nie znaleźliśmy tam pięknych fontann, starych zabytków, czy widowiskowych pejzaży – jedynie cynamonowe słońce, które pełzało po dachach, szmer strumyka kontrastujący z kamiennym milczeniem wąskich uliczek i wychylające się zza grządek z kwiatami koty. Ceyreste tchnęło spokojem i nie mogłem się nadziwić, skąd jego mieszkańcy mają tyle czasu, by usiąść w kawiarence, pospacerować, pogadać ze starym znajomymi. My wciąż dokądś spieszyliśmy, pędziliśmy zupełnie niepotrzebnie i potrzebowaliśmy sporo czasu, aby zwolnić.

no15-8

Tego samego dnia, gdy odwiedziliśmy Ceyreste, Robert, romantyk od urodzenia, wpadł na pomysł zjedzenia kolacji na skałach, nad przepaścią, z widokiem na zachodzące nad morzem słońce. Miał na myśli Route des Cretes, czyli Drogę Szczytów biegnącą z La Ciotat do Cassis.

Wyruszyliśmy około siódmej w kierunku La Ciotat, a znaki zaprowadziły nas do drogi, która wspinała się coraz wyżej i jednocześnie coraz bardziej się zwężała. Nie było mowy o poboczu ani też barierkach, które mogłyby dać przynajmniej jakąś iluzję bezpieczeństwa i nieco uspokoić bijące serce. Co jakiś czas mijaliśmy rowerzystę lub biegacza.

  • Zobaczcie – powiedział Robert, mówiąc o przebiegającym koło nas chłopaku. – Mieszka w Cassis, a umówił się z dziewczyną z La Ciotat i właśnie sobie do niej biegnie.

Na prawo łagodnie opadały zielone wrzosowiska, z których czasem wystawały białe zęby skał. Droga wiła się pośród gór, każdy kolejny zakręt odsłaniał coraz więcej zatoki w Cassis, a my, niczym lecące nad nią ptaki, mogliśmy podziwiać maleńkie z tej wysokości żaglówki, szmaragdowy kolor wody i monumentalne klify o ostrych krawędziach, które sięgały chmur. Ludzie przystawali w zatoczkach, by robić sobie zdjęcia, a roje owadów latały nad ich głowami, błyszcząc się w świetle zachodzącego słońca.

  • Bóg jest cudotwórcą – powiedziałem, a Julia i Robert byli tak oniemiali z wrażenia, że pozwolili, by cisza dopełniła moich słów.

Zaparkowaliśmy na Cap Canaille, najwyższym punkcie drogi. Robert wziął torbę z jedzeniem i poszliśmy na sam skraj przepaści, by tam usiąść i rozkoszować się jedzeniem.

Otworzyliśmy różowe wino, wznosząc toast za naszą podróż. Oparłem się o skałę i odgryzłem kawałek bagietki, smakując również kozi ser podarowany nam przez dziadka Baptiste’a i kiełbaskę z gatunku Les Sticks kupioną na niedzielnym rynku. Parę metrów od moich stóp ziemia urywała się , stromo opadając ku jasnej plaży – gdy lekko się wychyliłem, zobaczyłem białe bałwany fal roztrzaskujące się o przybrzeżne skały.

no15.3

Iskierki zachodzącego słońca tańczyły na morzu. Samotna motorówka pruła po szmaragdowym bezkresie morza. Niebo było ciemne, lecz rozjaśniało się na brzegach swej kopuły, dochodząc do całkowitej bieli na horyzoncie. Oddalone masywy skalne mieszały się z chmurami, które, zakryte błękitną mgłą, przypominały starożytne pałace unoszące się wysoko nad ziemią. Ich kontury malowane były złotem słońca. Barwy nieba się zmieniały, powoli przechodziły jedna w drugą: pomarańczowe promienie rozlewały się nad szczytami gór, stając się po chwili różem przywołującym na myśl pióra flamingów z Camargue, który przeistaczał się w ochrę domów Roussillon. Na końcu słońce zgasło i pozostał tylko ogień latarni w porcie Cassis, z którego dobiegały właśnie dźwięki gitary elektrycznej.

Kończąc kolację, zauważyliśmy, że wszyscy ludzie biegną dokądś z aparatami. Gdy się zatrzymali, usłyszeliśmy krzyk i w tym momencie ze szczytu skały skoczył spadochroniarz, a kilku minut po nim jego kolega. Julia, nie mając telefonu, ponownie wykonała ruch, jakby palcami chciała uwiecznić ten obraz.

Sen wzywał nas gdzieś z oddali, więc wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na winnicę. Włożyłem do odtwarzacza płytę zespołu Head and the Heart, która idealnie pasowała do ciemności, która wpadała do wnętrza samochodu przez otwarte szyby i drogi prowadzącej nad rojącymi się w dole światełkami La Ciotat. Julia poprosiła, bym puścił „Another story” jeszcze raz i jeszcze raz, tak że we trójkę nauczyliśmy się słów i śpiewaliśmy ją na cały głos, mijając palmy na drodze prowadzącej do St Cyr.

Gdy dotarliśmy na winnicę, Robertowi wciąż dopisywał wyśmienity humor. Było już późno, a on zaproponował, byśmy przeszli się Aleją Oliwną.

  • Pójdziemy wszyscy razem. Nic nam się nie stanie. – zapewniał.

Popołudniami lubiłem czytać tam książki, ale w nocy Aleja Oliwna stawała się miejscem, które odwiedzałem tylko w ostateczności. Robert opowiadał o dziwnych światłach, a także pochrząkiwaniach dzikich zwierząt dochodzących z krzaków, Julia zaś przysięgała, że widziała tam UFO. Kiedy jednej nocy spacerowałem po winnicy, zaszedłem do Alei Oliwnej, lecz gdy usłyszałem dźwięki przypominające szczęk łańcuchów, a także roznoszącą się wokół muzykę bez konkretnego źródła i zobaczyłem rozwieszone na lince prześcieradła, czym prędzej wróciłem do domu, usprawiedliwiając się w duchu tym, że światło latarki zaczęło mi przygasać.

no15.-7

Odważyliśmy się pójść w tamtą stronę i natychmiast pochłonęła nas gęsta ciemność, w której tylko blady blask księżyca muskał listki drzew oliwnych. Trzymaliśmy się blisko siebie, Julia szła w środku i gdy ponownie usłyszeliśmy szczęk łańcuchów, chwyciła za dłoń mnie i Roberta. W pewnym momencie odwróciliśmy się gwałtownie, ale zrobiło nam się głupio, gdy okazało się, że przestraszyło nas jedynie łopocące na wietrze prześcieradło. Co jakiś czas z krzaków dochodziły dziwne szmery, a Robert powiedział, że dostrzegł, jak jakiś bezkształtny cień przebiegał drogę, lecz ani Julia, ani ja nie chcieliśmy mu wierzyć.

Po kilku minutach usiedliśmy pod drzewem oliwnym, by pokazać, że czujemy się tutaj zupełnie bezpiecznie. Robert wyszczerzył w uśmiechu swoje białe zęby. Rozluźniłem się. Zamknąłem oczy i doznałem uczucia, jakbym osuwał się w przepaść, coraz niżej spadał w przyjemną otchłań studni bez dna, dopóki z powierzchni nie dobiegł mnie krzyk Julii.

  • Aaa! – wrzasnęła i skoczyła na równe nogi. Otworzyłem oczy i zrobiłem to samo, lecz ciężko było mi utrzymać się na galaretowatych nogach. W oczach Roberta dostrzegłem panikę.

Przed nami stał mężczyzna w kowbojskim kapeluszu i celując ze swojej dwururki w Julię, która ledwo mogła złapać oddech. Zaświecił nam w oczy latarką i miałem już ochotę uciekać, lecz on opuścił strzelbę

  • C’est moi, c’est moi! – powiedział uspokajająco i w świetle latarki ujrzałem śmiejącą się twarz Baptiste’a.

Później tłumaczył nam, że co noc spaceruje tak po winnicy, polując na króliki.

Mikołaj Wyrzykowski

(Nico Cigale)

Ciąg dalszy nastąpi

Aby kupić tę lub inne moje książki, wystarczy się ze mną skontaktować przez mikiotor@gmail.com lub przez Facebook

no15.-5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *