Zrządzenie losu no.18 – „Scena z życia”

30 lipca

Pojechaliśmy na festiwal średniowieczny do miasteczka La Garde, oddalonego od St Cyr o jakieś trzydzieści kilometrów. Dotarliśmy na miejsce, gdy słońce kryło się za drapieżną skałą górującą nad domami, w którą jakby wrośnięta była kaplica.

Wciągnęliśmy się w wir zabawy, która narastała w miarę zapadania nocy. Na jednym z placów grupa zabawnych muzyków ubranych w kolorowe stroje grała średniowieczne piosenki – zwłaszcza bębniarz zdawał mi się zupełnie szalony, wciąż wywracając oczami i owładnięty muzyką krzycząc coś do wybijanego przez siebie rytmu. Przed nimi błazen tańczył, pokazując widzom różne sztuczki.

Tej nocy La Garde przeniosło się w czasie i w świetle pochodni rzeczywiście miałem wrażenie, jakbym spacerował po planie filmowym lub był bohaterem powieści.

  • Może rzeczywiście jesteś bohaterem powieści, tylko o tym nie wiesz? – powiedziała Julia, zawsze w takich chwilach potrafiąc mnie jeszcze bardziej oczarować.

Ulicami spacerowały damy, rycerze i zwykli mieszczanie. Zadawałem sobie pytanie, czy to oni przenieśli się w moje czasy, czy też odwrotnie, ale moją wątpliwości zostały rozwiane, gdy niektórzy wyciągali z kieszeni swych szat smartfony, zaś jeden z rycerzy przy warkocie silnika wyruszył w ciemność na swoim skuterku.

Przed kościołem zaczynał się targ, na którym krzykliwi sprzedawcy oferowali sztylety, średniowieczne stroje i ciastka, dalej zaś znajdowały się warsztaty: garncarz wyrabiał naczynia, a w kuźni pośród skaczących iskier przekuwano stare miecze na nowe. Kupiliśmy sobie po jednym Pomme d’Amour oblanym grubą warstwą lukru i spacerowaliśmy z nimi po La Garde, coraz bardziej stając się częścią tej wielkiej, średniowiecznej zabawy.

lagarde2

Przy jednym z domów można było nauczyć się tańca irlandzkiego, dalej zaś grupa Szkotów przemierzała ulice miasta, niosąc sztandary i grając na dudach. We wnętrzu pewnego domu, do którego wspinaliśmy się cichą uliczką opanowaną przez koty, starzec o siwej brodzie i małych, śmiesznych okularkach uczył kaligrafii i powiedziałem Robertowi, że mogłoby mu to się przydać, ale ten tylko zaśmiał się, mówiąc, że jego pismo jest nieuleczalne. O wiele bardziej wolał patrzeć ze smakiem na biesiadę niemiecką przy długim i suto zastawionym stole.

lagarde1

Julia zaciągnęła nas na średniowieczny bal, na którym wirowaliśmy w tańcu przy muzyce małego zespołu oraz oklaskach przechodzących ludzi. Później wróciliśmy na targ, skąd rozpoczęła się nasza droga.

Weszliśmy do kościoła. Było tu zupełnie cicho i ciemno: do środka nie miały wstępu ani odgłosy zabawy, ani też pomarańczowe światła latarni. Na ołtarzu pełgały płomyki świeczek, których węże ciągnęły się również wzdłuż ścian. Powietrze było przesycone ich zapachem, który łączył się z anielskim śpiewem małego chórku zgromadzonego przed ołtarzem. Kościół przenosił nas w inny świat, świat sprzed naszych narodzin, kiedy jeszcze słowa nie nabrały swego kształtu ani nie uzyskały teraźniejszej postaci. Rozluźniliśmy swoje zmysły, stając się jednymi z cieni zatopionych w ciemności jego wnętrza.

W pewnym momencie zadrżałem. Poczułem, jakby coś podnosiło mnie do góry. Zawładnęła mną moja nieświadomość, każąc wstać z ławki.

  • Muszę na chwilę wyjść – powiedziałem szeptem do Roberta i Julii. – Wrócę do was.

Wyszedłem przed kościół. Zabawa wciąż trwała, lecz średniowieczna muzyka zdawała się cichnąć, aż do moich uszu dochodziły jedynie dalekie dźwięki smutno grającej gitary. Poczułem, że ona mnie wzywa, tak jak latarnia wzywa targany sztormem statek pragnąc, by schronił się w porcie. Prowadzony wewnętrznym głosem zacząłem więc wspinać się w górę, błądząc pośród ciemnych uliczek, by dotrzeć do małego ogrodu znajdującego się przed górującą nad miastem kaplicą.

Dźwięki zabawy dochodziły z bardzo daleka, a światła latarni przypominały małe świeczki, które widziałem na ołtarzu w kościele. Podszedłem bliżej tarasu i wtedy z cienia wyłoniła się jasnowłosa dziewczyna, uśmiechając się czarująco. Za ucho miała założoną gałązkę z drzewa oliwnego. Jej kocie oczy błyszczały jasno, jak dwa klejnoty rzucone w tę ciemną otchłań i powiedziałem sobie, że ich blask mógłby zastąpić mi całe światło słońca. Oparła gitarę o drzewo, zbliżając się do mnie. Była z rodzaju osób, które są efemeryczne niczym róże – wystarczy je dotknąć, by zniknęły, rozpłynęły się w powietrzu.

  • Kolorowych snów – powiedziała, lecz nie było to życzenie dobrej nocy, a raczej obietnica, delikatne zaproszenie do krainy snów, którą one sama, niczym magiczna wróżka, wyczarowywała.

Chciałem jej coś odpowiedzieć, ale uznałem, że żadne słowa nie wyrażą moich uczuć. Poprowadziła mnie do barierki i spojrzeliśmy w dół, na miasto pochłonięte zabawą.

  • Jesteś pisarzem, tak? – zapytała jakby nieśmiało. Kiwnąłem głową. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. – Unieśmiertelnij mnie więc. – chciałem dotknąć jej ręki, ale ona odsunęła ją nieznacznie. – Nie teraz. Jestem daleko, zbyt daleko.

Rozmawialiśmy dalej, tracąc rachubę czasu. Każde jej słowo było dla mnie nasionem, z którego wyrastały kwiaty w mojej wyobraźni. Połączyłem ten obraz z wieloma innymi obrazami, które trwają poza czasem, niczym sny przechodzące z pokolenia na pokolenie, i błąkaliśmy się tak między bajką a rzeczywistością, podczas gdy nad naszymi głowami błyszczały gwiazdy wiecznej miłości.

Scena z życia

W La Garde trwała właśnie wielka zabawa. Ulicami starego miasta przechadzały się damy z bogatych dworów, zwykli mieszczanie, rycerze i ich giermkowie. Grupa kolorowych trubadurów zabawiała mijających ich niby przypadkiem ludzi, w innej części miasta trwała biesiada, kilka ulic dalej rozstawili się handlarze, wśród krzyku i wielkiego zamieszania próbując sprzedać coś zbitej, stłoczonej masie ludzkiej, która niby niekończąca się rzeka przelewała się wzdłuż ich straganów.

lagrde4

W małym, położonym wysoko ogrodzie przy kaplicy – tam, gdzie hałas hucznej zabawy zdawał się dochodzić jakby zza grubego muru i nic nie znaczył wobec cichego ogromu nieba i rozsypanych jak piegi na jego obliczu gwiazd – stały dwie osoby, opierając się o barierkę. Byli ponad iskrzącymi się ulicami La Garde, ponad całą tą chwilową fiestą, zamknięci w świecie własnych uczuć, jak dwa baloniki to oddalające się, to przybliżające do siebie, zdane na łaskę i niełaskę wiatru, połączone z rzeczywistością tylko cienkimi linkami, które z lekkim przestrachem trzyma małe dziecko. Pojedyncza latarnia odganiała natrętne cząsteczki ciemności, które próbowały oblepić ich jasne ciała. Lisa i Christophe rzucali sobie ukradkowe spojrzenia, bojąc się wyjawienia sekretów, które z wielką starannością skrywali nawet sami przed sobą.

  • Dlaczego przyszliśmy akurat tutaj? – Lisa zatrzepotała rzęsami. – Nigdy do tej pory nie spotykaliśmy się…no wiesz…tylko my, sami.

Odważył się na pierwszych krok.

  • Rozumiesz Liso…po prostu lubię spędzać z tobą czas.

Ona jakby tego nie słyszała.

  • Trochę niepewnie się tutaj czuję. Tak…obco. Do tego jakieś szelesty, cichnące kroki niewidzialnych ludzi – jakby ktoś nas obserwował. Nie moglibyśmy pójść gdzieś indziej? – założyła włosy za ucho.

  • Och, to takie piękne miejsce. Zostańmy tutaj. – Christophe spróbował objąć ją uśmiechem. Lisa westchnęła i wyprostowała się. – Czasami myślę sobie, że życie jest jak pralka, a ludzie są jak skarpetki. To chyba ma jakiś sens, prawda? Albo i nie. Gadam bez sensu. To są te…jak ty to mówisz…farmazony? Tak, farmazony. Dobre słowo.

  • Śmieszny jesteś – przed chwilą Lisa stoczyła wewnętrzną walkę ze smutkiem, bądź tylko jego pozorami, który ściągał ją w odmęty przeszłości i teraz jej twarz rozpromienił szczery uśmiech. Christophe spojrzał w jej oczy, dwa szmaragdy zagubione gdzieś na dnie lśniących wód oceanu. Wiedział, że jeśli nie przestanie w nie patrzeć, zatraci się w nich na zawsze.

  • Śmiesznie mówisz „śmiesznie” – mrugnął do niej jednym okiem.

Długie, smukłe palce Lisy zaczęły wybijać jakiś pokręcony, nie trzymający się żadnych zasad rytm na barierce. Wychyliła się niebezpiecznie.

  • Dzisiaj jesteś jakiś taki…inny. Dotąd nie widziałam, żebyś był tak poważny.

  • A może właśnie taki jestem? Jak robię z siebie idiotę, to tylko po to, żebyś się uśmiechnęła. Tylko po to. Dla uśmiechu.

  • Tak.

  • Tak.

Oboje uwielbiali takie gry, choć w swoich sercach ukrywali coś więcej, coś jeszcze nienazwanego i najbardziej ulotnego, co przejawiało się w szybkich, zaledwie chwilę trwających spotkaniach ich oczu. Christophe często śnił o Lisie, widział jej twarz wirującą wśród barwnych tłumów na jakimś balu. Lisa śniła, że jadąc autobusem, mieli wypadek i razem, już w połowie duchy, wyszli na asfaltową ulicę i poszli przez opuszczone miasto, mówiąc: „Jeśli mamy umrzeć, bądźmy razem.”

Zawiał wiatr, przynosząc falę ciepłego powietrza. „Mógłby spaść deszcz.” – pomyślał Christophe. „Jak przyjemnie dzisiaj” – pomyślała Lisa.

  • Jesteś wróżką, wiesz o tym? – Christophe przybliżył się do niej. – Taką magiczną, z Piotrusia Pana.

  • Taaak…i oddaję wszystkim swoje siły. Po długim okresie milczenia wychodzę tylko na chwilę, by zaśpiewać, i zaraz znikam. Jak cykada. Cykada, cykada. Wszyscy ją słyszą, ale mało kto ją…a zresztą. Wiesz, że teraz jestem nikim, wierz mi. – usiadła, opierając się plecami o barierkę. Przymknęła zmęczone oczy. – Musiałabym stać się inną osobą, co jest niemożliwe.

  • Stać się kimś innym? Ależ to bardzo proste. Spójrz tylko na mnie. – Christophe wykonał kilka kroków tanecznych, po czym usiadł i westchnął ciężko, jakby wraz z oddechem wypływały z niego wszystkie wewnętrzne rozterki i głęboko skrywane bóle. Chciał powiedzieć coś więcej, ale nie czuł się na tyle pewny.

Lisa milczała przez chwilę, zbierając myśli. Nie wiedziała, jakie siły ją tutaj zagnały ani czego od niej oczekują. Christophe wstrzymał oddech w oczekiwaniu. Żar zabawy w La Garde nie gasł ani na chwilę. Noc wzrastała, rozkładała swe ciemne skrzydła. Blady księżyc wyjrzał zza chmur.

  • Nie powinni tak robić. Nie powinni, nie powinni. – szepnęła Lisa, patrząc przed siebie. Wydało jej się, że dostrzegła jakiś ruch w ciemności, ale zignorowała to.

  • Kto?

  • Nasi znajomi.

Christophe zamyślił się. Cały czas zmieniał swoje role, ona także. Zmieniała się nieustannie. Ale to właśnie chyba było im przeznaczone: on był poetą, ona aktorką. A może odwrotnie.

Kiedy ktoś ich pytał, co o sobie sądzą, Christophe twierdził uparcie, że gdyby powiedział, nikt by mu nie uwierzył. Lisa śmiała się wtedy swoim chaotycznym, niemożliwym do określenia śmiechem. Byli magnesami, które bez przerwy zmieniały pozycje, odpychając się i przyciągając, sami nie chcąc się przyznać do silnego oddziaływania, jakie istniało między nimi.

  • Masz rację. Ludzie mówią jedną rzecz, potem zapominają, mówią coś innego, mówią to do ciebie, ale tak naprawdę nie myślą o tobie. Nie wiedza, o czym myśleć. Niczego nie można być pewnym.

  • Ty i te twoje mądrości…

Christophe udawał, że nic nie usłyszał.

  • Nic na to nie poradzisz. Coś jest, a potem tego nie ma.

  • Jest dobrze, dopóki nie będzie źle.

  • Ty i te twoje mądrości… – znów zaczęli się droczyć.

  • Przestań, gasisz mnie. Jak małe dziecko…jak małe dziecko zdmuchujące świeczkę na torcie urodzinowym. I wykorzystujesz mnie. – ułożyła usta w podkówkę.

  • Wcale nie. To ty mnie wykorzystujesz.

  • Och! Obrażam się na ciebie. Już się nie odzywam. – Lisa odwróciła się do niego plecami, to samo zrobił Christophe. Siedzieli tak przez chwilę, po czym złożyli broń.

  • A Simon? A Julie? Co z nimi?

  • Julie nienawidziłam od samego początku. A Simon…jego też nie lubię. Ale nie mów mu. – Christophe przypomniał sobie, jak prawie codziennie śmiała się razem z nimi. – Ciebie zresztą też nie lubię.

Echo jej słów odbijało mu się w głowie. To na pewno gra. To tylko gra. Bóg jeden wie, że to musi być gra, nic innego.

  • Kłamiesz.

  • To ty kłamiesz.

  • Nie wierzę ci.

Oboje patrzyli na siebie w napięciu, po czym parsknęli śmiechem. Wstali i wychylili się ze śmiechem, obserwując ulice w dole i próbując odgadnąć, co mogą myśleć różne nietypowe osobistości, „magicy”, jak ich nazywała Lisa, którzy wyłaniali się z ciemności i w ciemności znikali. Kilka minut później Christophe opowiadał już jedną ze swoich sztandarowych historii.

  • Obok plaży była górka, wzgórze, na którego szczycie rosła palma. Nieco niżej siedział rybak, machał nogami nad przejrzystą wodą i łowił ryby. Schodziłem stamtąd, kiedy zatrzymał mnie pewien facet. Powiedział po angielsku, że chciałby, bym mu zrobił zdjęcie i zgodziłem się. Chwilę czekałem, żeby mi podał aparat, ale on zaraz potem dodał, że mam mu zrobić zdjęcie swoim. Rozumiesz to?! Zrobiłem, a on odszedł zadowolony. Jeden z wielu, którzy chcieli zostawić jakiś ślad po sobie,,,a ja to potem wykasowałem. Oczywiście, że wykasowałem. Niektóre rzeczy są po prostu niepojęte!

Lisa roześmiała się, kręcąc przy tym głową.

  • Jesteś nienormalny – powiedziała.

  • I kto to mówi – roześmiał się Christophe.

lagarde3

Oboje byli nieco szaleni. On sam określał siebie jako strudzonego wędrowca, który przemierzał różne krainy i wreszcie odnalazł górę, której szukał, jest tak blisko, że może podziwiać jej piękno, ale nie wie jeszcze, jak wspiąć się na jej szczyt. Miał nadzieję, że Lisa czuję coś podobnego. I że on kiedyś się o tym dowie.

Lisa miała duszę poszukiwacza przygód – nie zastanawiała się nad tym, co robi, życie było dla niej fortepianem, a ona nie naciskała pojedynczych klawiszy – on po prostu grała. Walczyła z przeszłością Christopha, a on walczył z jej przeszłością. Miała w sobie wszystko: świeżość wiosny, nieskończoność lata, kolory jesieni i tajemnicę zimy. Czuła, że musza być blisko siebie. Że nie mogą się opuścić.

Czasami wydawało im się, jakby już to wszystko przeżyli albo ich losy zostały gdzieś zapisane – tym, co robili, swoim dążeniem naprzód, odkrywali tylko kolejne skrawki utraconego początku.

  • Chyba będę musiał już iść. Dobranoc. – Christophe chciał się odsunąć, ale ona go przytrzymała. Spojrzał na nią, zdziwiony.

  • Poczekaj jeszcze chwilę. Chcę ci coś powiedzieć. Czy mogę?

Christophe kiwnął głową. Stali teraz naprzeciw siebie, dwie malutkie, osaczone przez ciemność postacie na tle ogromu gwieździstego nieba.

Lisa już otwierała usta, gdy spomiędzy drzew dobiegł ich krzyk.

  • Cięcie, cięcie! Koniec sceny! Ależ pięknie wam to wyszło, nigdy nie widziałem czegoś prawdziwszego…Oby tak dalej!

Oślepiły ich reflektory i mały ogródek obok kaplicy nagle stał się oazą światła na tej pustyni nocy. Znikąd zaczęli pojawiać się ludzie, kręcąc się wokół Lisy i Christopha, jak sępy wokół padliny, krzycząc, gestykulując, wyrzucają byle gdzie rozjarzone jeszcze niedopałki papierosów.

Lisa nie patrzyła na Christopha. On również spuścił wzrok. Wzruszył ramionami.

  • Nie martw się. To tylko kolejna scena. Jesteśmy takimi aktorami…

Oparli się o barierki, stykając się ramionami. Przenieśli wzrok na uliczki w dole.

Było już po północy, w La Garde zabawa właśnie dobiegała końca.

Mikołaj Wyrzykowski

(Nico Cigale)

Ciąg dalszy nastąpi

Aby zamówić tę lub inną moją książkę, wystarczy się ze mną skontaktować  przez email mikiotor@gmail.com lub Facebook.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *