Zrządzenie losu no.19

1 sierpnia

Opowiedziałem o tym spotkaniu Julii i Robertowi, gdy piliśmy espresso, zajadając kolejną tartę owocową.

  • Jesteś pewien, że ją spotkałeś? Że to nie był…nie wiem…sen? – nie wierzyła Julia. – A jak miała na imię?

Nie znałem jej imienia. Byłem na tyle głupi, by się o to nie zapytać i by nie wziąć od niej numeru telefonu. Musiałem się z nią spotkać jeszcze raz, nie miałem tylko pojęcia, jak tego dokonać.

  • Odpuść sobie. Nie musisz jej szukać. To tylko… – zaczął mówić Robert, ale przerwałem mu gwałtownie.

  • Nie rozumiesz. Tu nie chodzi o nią.

  • A o co?

  • O moje zbawienie.

Przyjaciele nie wierzyli mi. Uznawali, że padłem ofiarą jakiegoś przywidzenia, które teraz będzie iluzją powracającą każdego dnia, by na nowo mnie torturować swoja niemożliwością spełnienia. Ja jednak nie mogłem przestać myśleć o dziewczynie z La Garde, a jako że nie wiedziałem, jak wywołać spotkanie, postanowiłem czekać z nadzieją, że ona sama ponownie mnie znajdzie.

Robert zabrał mnie i Julię do Aix en Provence, twierdząc, że powinniśmy zacząć poważnie myśleć o naszej przyszłości i wyborze studiów.

  • Posłuchaj, Karol. Kiedy wszystko się uspokaja, każdy powraca znowu do swoich spraw, do swojej normalności. – mówił mi, ale ja nie chciałem go słuchać. – Prawda jest taka, że każdy musi się troszczyć o siebie.

Nie uznawałem jego rad. Był to czas, kiedy zamknąłem się w sobie i owładnęły mną przeróżne myśli. Julia mówiła dużo o snach, zacząłem więc zastanawiać się, czy nie jest tak, że przy naszych narodzinach zasnęliśmy, a to, co uważamy za zaśnięcie, jest tak naprawdę budzeniem się. Zadawałem sobie dziwne pytania: czy świat istnieje, czy jest tylko wytworem mojej wyobraźni, a więc czy kiedy zniknę, on zniknie razem ze mną? Nadal jednak nie wierzyłem, że spotkanie w La Garde, choć tak nierealne, nie zdarzyło się naprawdę, ani też nie słuchałem tego, co mówił Robert. Jest tyle osób, które możemy poznać i być z nimi szczęśliwi, ale zostajemy rzuceni przez los w nasz mały świat, w którym znajdujemy dobrych ludzi, może nie są oni idealni, ale właśnie dlatego spędzamy z nimi resztę życia, bo przecież nikt nie chce być samotny. Zapisywałem te zdania w moim notatniku, nie mogąc przestać myśleć o dziewczynie spotkanej podczas festiwalu średniowiecznego. Był to czas, w którym bardzo dużo pisałem. Zresztą, wolałem nazywać to inaczej: ja nie pisałem, ja łapałem motyle.

Aix-en-Provence

Aix en Provence ukazało nam się jako miasto platanów, fontann i kawiarni. Niegdyś tymi uliczkami przechadzał się Cezanne, wiodąc tu swój samotniczy żywot. Był upartym i kłótliwym indywidualistą, a poza ty, pedantem do tego stopnia, że numerował wszystkie swoje rekwizyty. Jak każdy artysta, próbował dotrzeć do jednej z tajemnic życia, odkryć zaginioną Atlantydę, wyrażając jej obraz swoją nieświadomością.

Dwóch studentów, którzy najwyraźniej nie wyjechali donikąd na wakacje, siedziało w słynnej Les Deux Garcons i rozmawiało o dokonaniach Cezanna. Zarwali niejedną noc, by dokończyć malowanie swoich prac, których nikt nie widział ani nie chciał zobaczyć- oprócz paru znajomych. W oczach mieli ogień charakterystyczny dla osób, które stawiają twardo na swoim i mimo, że cały świat może im się sprzeciwić, będą kontynuować swój lot. „Teraz jesteśmy bezimienni”- mówił jeden z nich- „Ale kiedyś, może za sto, może dwieście lat ludzie sobie o nas przypomną, odkopią z otchłani przeszłości, zrozumieją, co my teraz robimy.” Drugi kiwał miarowo głową, jednocześnie błądząc myślami gdzieś po nieznanych krainach, uczestnicząc w tej odwiecznej pogoni za niewyrażalnym.

Cours Mirabeau tętniło życiem, pełne podniecenia i wszechobecnego rozgardiaszu, co chwila wtrącając fałszywą nutę, wprowadzając dysonans, by znów powrócić do czystej harmonii śpiewanej przez siebie pieśni. Sznur samochodów okrążał Fontaine de la Rotonde i posuwał się dalej przez Aix de Provence, mijając kolejne stare, zarośnięte fontanny. W ich kropelkach migotały promyki słońca i wygląda to tak, jakby zamiast wody z powrotem opadał radosny deszcze iskierek. Platany stały rzędem wzdłuż ulicy dumnie i dostojnie, rzucając cienie na szerokie chodniki. W różne strony spieszyli nimi turyści; był wśród nich mężczyzna, który właśnie zsiadł z roweru nazywanego przez siebie Harleyem, była również dziewczyna o gładkich włosach i słuchawkach na uszach, która pewnie wciąż narzekała na głos, że musi za czymś gonić.

Minęliśmy skrzypka sprawiającego wrażenie tak samotnego, jakim kiedyś musiał być Cezanne, by dotrzeć na place przy Hotel de Ville.

Aix-en-Provence

Tam akordeonista z miną zadowolonego życiem przechadzał się pomiędzy stolikami kawiarenek, grając skoczne, francuskie melodie. Po chwili zniknął, na jego miejscu zaś pojawia się Hiszpan w okularach i czarnej koszulce, siadając na murku i wyjmując z futerału swój nieco kosmiczny instrument, przypominający UFO, tyle że z licznymi wklęśnięciami jakby po pięściach. Przyciągał niespotykanym, eterycznym brzmieniem. Podeszliśmy do niego, by chwilę porozmawiać po angielsku. Młody mężczyzna wyglądał na studenta, nauczył się grać na tym w Barcelonie, gdzie, jak mówi, dużo osób to robi. Instrument ten, zwany Hang, zabierał nas w kosmiczną podróż. Chwilę słuchaliśmy jego muzyki, tonąc w miodowym potoku słońca, później zaś ruszyliśmy dalej. Robert kupił po drodze jakieś ciastko, chcąc spróbować tradycyjnych wypieków prowansalskich, ale okazało się, że wszedł do cukierni tunezyjskiej. Śmiałem się z niego i przez tę chwilę udało mi się nie myśleć o dziewczynie spotkanej w La Garde – przypomniałem sobie różne przygody Roberta. Kiedyś chciał kupić w księgarni książkę o tytule „Serce kobiety” z nadzieją, że pozna wszystkie zawiłości uczuciowe, ale okazało się, że jest to poradnik kardiologiczny. Opowiedziałem na głos tę historię, a potem, gdy wmieszaliśmy się w tłum, znów powróciło do mnie wspomnienie mojego spotkania.

Katedra St. Sauveur wystrzelała wysoko w niebo. Pod grubym, wysokim murem, jakby nieświadom jej ogromu, siedział żebrak w średnim wieku. Miał rozbiegany wzrok i półotwarte usta, gdzie widać było krzywe zęby: podobny był do dzwonnika z Notre Dame. Wyciągał proszącą rękę do każdego, kto wychodził z katedry. Jeśli ktoś wrzucił monetę do jego plastikowego kubeczka, on drżał na całym ciele, wykrzywiał twarz w czymś, co miało przypominać uśmiech, po czym odprowadzał wzrokiem ofiarodawcę, poruszając bezgłośnie ustami i kilkanaście razy energicznie się żegnając. Tę sekwencję ruchów powtarzał za każdym razem w sposób identyczny. Było w nim coś zagadkowego – sprawiał wrażenie, jakby żyło w nim kilka osób i jakby był kimś więcej, niż tylko postacią samego siebie. Żebraka spod St. Sauveur spotkaliśmy w tłumie ludzi jeszcze raz, wracając do samochodu mniej uczęszczanymi uliczkami.

Wróciliśmy na winnicę. Mieliśmy coraz więcej czasu wolnego, gdyż zbliżało się winobranie, więc winogrona musiały spokojnie dojrzewać – patrzyliśmy jak rosną i czasem zrywaliśmy jedną, małą kiść, by odkrywać, jak stają się coraz bardziej soczyste. Od czasu wyjazdu do Aix en Provence właściwie nie ruszaliśmy się z miejsca. Były to chwile wytchnienia przesycone śpiewem wszechobecnych cykad, płynące leniwie dni, które kończyły się widokiem księżyca zalewającego swym blaskiem Aleję Oliwną.

madrague3

Przyzwyczaiłem się do takiego życia. Zupełnie normalne dla mnie była południowa przerwa na obiad, kiedy to wszystko w mieście zamiera, wiedziałem, co gdzie leży w supermarkecie, sprzedawczyni w piekarni witała mnie codziennie jak starego przyjaciela, a w kościele wiedziałem, który ksiądz mówi dobre kazania, choć właściwie nic z nich nie rozumiałem. Oczywiście, że tęskniłem za Polską – na adres Baptiste’a dotarła pocztówka z Torunia od moich rodziców, pachnąca tak odległymi kwiatami i polami zboża. Rodzice pisali, że u nich jest wszystko w porządku, tylko pies niefortunnie skręcił sobie łapę, podobnie mój tata skręcił sobie rękę. Trochę się tym zmartwiłem, ale później uśmiechnąłem się: byli nierozłączni, pan i jego pies.

Zmieniałem się, podobnie jak zmieniali się Robert i Julia – nie tylko pod względem wyglądu. Prowansja nas oczarowała, przebywając w tej bajkowej krainie lawendy i wina, poznawaliśmy radość życia. Otworzyliśmy się i wyrzuciliśmy z siebie to, co zbędne. Pewne przyzwyczajenia pozostały: ja nadal gubiłem długopisy, natychmiast po skończeniu pisania zapominając, gdzie je odłożyłem; Julia, trochę błądząca głową w chmurach, często tłukła talerze, a Robert chrapał niemiłosiernie głośno, zaś kiedy się budził, roiły mu się w głowie najróżniejsze głupie pomysły.

Niedaleko winnicy znajdował się malutki zamek, właściwie sama wieża. W moim przekonaniu ktoś zbudował to z niepotrzebnych kamieni, który mnóstwo leżało na ziemi, aby jego dzieci mogły bawić się w rycerzy. Robert jednak nie przyjmował do siebie tej wersji wydarzeń. Poszedł tam wieczorem i nie wracał bardzo długo. Ja i Julia zasnęliśmy, a gdy nad ranem obudziło nas słońce, Roberta wciąż z nami nie było. Poszliśmy więc do zamku i zastaliśmy go, gdy zajadał zachłannie zerwaną właśnie kiść winogron. Powiedział, że musi coś sprawdzić. Od tego dnia przez resztę tygodnia spał w tym miejscu i wrócił do domu w sobotę, przerażony, z bladą twarzą, usiadł ciężko na łóżku i zaczął opowiadać historię o duchach, które według niego tam straszą. Mówił, że codziennie te straszydła budziły go o tej samej porze, dokładnie, co do sekundy, zaś wieczorem zdawało mu się, że słyszy szydercze śmiechy. Uspokoiłem go i poprosiłem Julię, by się nim zaopiekowała, sam zaś chodziłem tam przez kilka dni. Pierwszego znalazłem zakopaną w ziemi piłkę od golfa, drugiego kij, a trzeciego dnia już nie poszedłem do zamku, gdyż bałem się, że znajdę zakopanego w ziemi golfistę.

Innym razem przechodziłem Aleją Oliwną i przypadkiem mój wzrok powędrował w górę: ujrzałem pistolet leżący na gałęzi jednego z drzew. Z lekkim przestrachem wziąłem go w dłoń i poszedłem natychmiast do domu Baptiste’a. On zabrał mi pistolet i włożył go do szuflady. Powiedział do mnie coś po francusku, czego nie zrozumiałem, po czym ja powiedziałem do niego coś po polsku, czego on nie zrozumiał, a ja już nie pamiętam, i na pożegnanie powiedziałem „Grazie” zamiast „Au revoir”. Niczego więcej o pistolecie się nie dowiedziałem, nigdy też nie śmiałem o tym wspominać.

madrague4

Julia również poczyniła pewne odkrycia. Kiedyś robiła porządki w garażu i odnalazła tam starą, liczący sobie prawie sto lat, pisany ręcznie zeszyt z przepisami kulinarnymi. Przepisy zapisane były pięknym, pochyłym pismem, lecz Julia, nawet ze swoją znakomitą znajomością języka francuskiego, nie potrafiła z nich nic odczytać. Obok tego zeszytu leżały inne, zawierające zapisane na maszynie lub ręcznie wiersze i poematy, które prawdopodobnie należały do jednego z przodków Baptiste’a. Od razu skierowaliśmy się do jego domu, on zaś nalał nam do szklanek pastisa zmieszanego z wodą i lodem i zaczął opowiadać historię winnicy. Była to historia żołnierza, który podczas I wojny światowej został wysłany na front włoski. Tam przypadkiem usłyszał rozmowę oficerów o skrzyni pełnej dolarów zostawionej w jednej z górski jaskiń przez pewną amerykańską rodzinę, która, gdy rozpoczęła się wojna, uciekła z Włoch do Ameryki i miał tu wrócić, gdy wszystko się uspokoi, niestety jednak nawet nie dotarli do brzegów ojczyzny, gdyż ich statek zatonął w niewyjaśnionych okolicznościach. Żołnierz, o którym Baptiste opowiadał, zdezerterował z wojska, zdołał przedostać się do Francji i ukryć gdzieś tutaj skrzynię, lecz nim zdążył wykorzystać choćby część skarbu, został złapany przez ścigające go wojsko i zastrzelony. Skarb po dwudziestu kilku latach został znaleziony przez dziadka Baptiste’a, który za te pieniądze kupił ziemię i posadził tutaj winorośle ze szczepów mourvedre, cinsault oraz grenache, zajmując się od tej pory wytwarzaniem win z apelacji Bandol.

  • To mój dziadek pisał wiersze. Miał głowę na karku. Wielu uważało go za dziwaka, ale do dziś jest bardzo mądrym człowiekiem. Zresztą…sami wiecie. Kiedyś w porcie w Marsylii wziął mnie za rękę i wskazał na ludzi, których zawsze było pełno w tamtym miejscu i to o każdej porze. „Widzisz, chłopcze, taki jest już nasz los” – powiedział wtedy do mnie. – Tworzenie planów, które nigdy nie zostaną spełnione” – Baptiste snuł swe opowieści.

W ciągu kolejnych dni słyszeliśmy od niego więcej podobnych, niewiarygodnych historii i w końcu zrozumiałem, że jest to jego własna mitologia, wymyślona przeszłość, w której znaleźć można było ziarenka prawdy, niemniej wszystko było bardzo mocno ubarwione. Mimo to uwielbiałem słuchać jego opowieści, które potrafił ciągnąć całymi nocami, czerpiąc z nieznanego mi i zdającego się nie kończyć źródła inspiracji. Żałuję, że większość z tych opowiadań już zapomniałem. Mogłem mu się odwdzięczyć tylko jednym: historią, którą wymyśliliśmy wspólnie z Julią i Robertem na Montmartre w Paryżu.

Dni te z pozoru wyglądały zwyczajnie, jednak obfitowały w przygody: budziłem się nad ranem, przecierając oczy i nie mogąc uwierzyć, że to, co zdarzyło się wczoraj, było naprawdę możliwe. Nie znaczy to, że wspomnienie spotkania w La Garde rozmyło się w mojej głowie. Wciąż o niej myślałem, jednak nie znajdowałem jakiegokolwiek sposobu, by móc się z nią spotkać lub chociaż skontaktować. Nie wiedziałem, dlaczego chcę to zrobić. Nie nazywałem mojego uczucia miłością. Może to było uzależnienie, tak jak uzależnić można się od papierosów i tak jak każde uzależnienie mogło to prowadzić nawet do śmierci. Zresztą, wszystko prowadzi do śmierci, dlatego trzeba wybrać jak najlepszą drogę – tak wtedy myślałem. W każdym razie, nie chciałem nazywać mojego uczucia, gdyż wtedy musiałbym je określić, nadać mu ramy, a tym samym ograniczyć. Wolałem je pielęgnować, patrzeć na nie, obserwować, jak rośnie, tak jak obserwujemy piękno róży, bojąc się ją zerwać, gdyż wiemy, że nieuchronnie prowadzi to do zwiędnięcia kwiatu. Coraz bardziej jednak dręczyła mnie myśl, że to wszystko mogło mi się rzeczywiście przyśnić. Czy zakochałem się w postaci z mojego snu? Czy to możliwe? Był dzień, kiedy poddałem się, uznając, że ta dziewczyna nie istnieje i nigdy nie istniała. Przypomniałem sobie wtedy o wielkiej przyjaciółce, którą kiedyś poznałem w tramwaju w Hadze, i miałem nawet ochotę do niej napisać, ale potem pomyślałem, ze jest już dla mnie zupełnie obcą osobą i że byłoby to bardzo głupie. Powróciłem więc do życia na winnicy i do snów – starałem się śnić jak najwięcej.

Pewnego wieczoru na winnicę przyjechał Henry, zawołał nas i zaprosił do swojego pięknie odnowionego Citroena 2CV. Wsiedliśmy bez namysłu. Miał głośno włączone radio, w którym dudniła jakaś skoczna muzyka. Był w świetnym humorze, od razu zaczął żartować i śmiać się na cały głos. Przekręcił kluczyk w stacyjce, silnik zakaszlał i zgasł. Odpalił za drugim razem, ruszyliśmy z miejsca, lecz Henry nie zdradził, dokąd nas prowadzi, powtarzając tylko bez przerwy, że zabawa będzie przednia i że nie zapomnimy tego wieczoru.

madrague1

Zaparkowaliśmy przed jednym z tych domów na La Madrague, które zbudowane są na samych szczytach porośniętych drzewami wzgórz i wieczorami, gdy światła palą się w ich oknach, wyglądają jak wielkie ogniska albo też jaskinie, z których wypełza na noc wewnętrzny, złoty blask góry. Dom stanowił rzeczywiście oazę światła, roznosząc je na okolicę razem z głośną muzyką o silnym, hipnotyzującym rytmie. W środku było już mnóstwo osób, z których większości nie znaliśmy. Henry również zrobił wielkie oczy.

  • Miało być ich mniej. Wychodzi na to, że mamy tu trochę ponad sto osób. – powiedział nieco przerażony, ale po chwili poznałem po jego minie, że już zaakceptował ten fakt. – Sporo, co nie? – otworzył furtkę i przez niewielki ogród wprowadził do wnętrza domu. – Zadzwońcie rano, żebym wiedział, że przeżyliście – dodał jeszcze z łobuzerskim uśmiechem.

Szampan lał się strumieniami. Przeciskaliśmy się przez gęsty tłum, w którym ludzie wznosili toasty na korytarzu, w kuchni, na schodach. Dostaliśmy po kieliszku i weszliśmy do salonu, pragnąc znaleźć miejsce dla siebie. Tutaj ktoś tańczył breakdance, podczas gdy inni klaskali mu do rytmu. Na zewnątrz, w ciemnym ogrodzie dostrzegłem mnóstwo żarzących się papierosów. Stanęliśmy pod ścianą, nie bardzo wiedząc, co dalej zrobić. Henry poszedł gdzieś dalej, życząc nam dobrej zabawy. Do domu wciąż przybywały nowe osoby: przyszła cała drużyna koszykarska, zaś oknami wciskały się różne typy spod ciemnej gwiazdy. Niektórzy kradli krzesła ogrodowe, które potem gospodarz musiał odkupywać za parę papierosów. Po godzinie wygonił ich wszystkich, zamknął drzwi i ściszył muzykę bojąc się, że sąsiedzi zadzwonią po żandarmerię, ale impreza trwała dalej.

Robert zniknął gdzieś pośród tego barwnego tłumu. Ja sam usiadłem na kanapie w salonie. Nie miałem ochoty z nikim gadać, ale jeden Holender, który podawał się za kelnera-podróżnika, zaczął mi opowiadać o swoim kraju po angielsku.

  • U nas to jest tak – posmakował szampana, by w pełni wyczuć jego bukiet. – Mówisz to, co myślisz, po prostu. To sprawiedliwe. Powiesz komuś prawdę, że coś ci się w nim nie podoba, a potem znów powiesz coś miłego i wszystko będzie w porządku.

Uwolniłem się od niego dopiero, gdy Julia wróciła z tańczenia. Zaniepokoiłem się, widząc, w jaki sposób się do mnie zbliża. Jeszcze kilkanaście minut temu była radosna, ale teraz sprawiała wrażenie zupełnie przybitej. Chyba miała w oczach ślady łez. Od zawsze targały nią sprzeczne nastroje i czasami po prostu nie wiedziałem, co powinienem o tym myśleć.

  • Chodź, Karol – powiedziała cienkim, łamiącym się głosem, patrząc mi prosto w oczy. Potem pociągnęła mnie za rękaw. – Musimy iść, naprawdę.

Wyszliśmy przed dom, gdzie usiedliśmy na kamiennych schodkach.

  • To super impreza, prawda? – spróbowała się uśmiechnąć, ale z jej oczu spłynęło kilka łez. Pociągnęła nosem.

  • Coś się stało? – zapytałem zmartwiony. Ona oparła głowę o moje ramię.

  • To nic, naprawdę nic, tylko…och, życie jest takie ciężkie!

  • Dlaczego?

  • To wszystko nie ma sensu. Rozumiesz, Karol? Jesteś mądry, może to zrozumiesz. Ja nic nie znaczę, ty nic nie znaczysz. Kim my w ogóle jesteśmy? Kogo obchodzimy? To, co robimy, cały nasz wysiłek idzie na nic. Chyba wolę umrzeć niż dalej tak żyć. Życie nie ma sensu.

  • To dobre życie, Julio. Nie zmarnujmy go. – powiedziałem, ale moje słowa zabrzmiały dziwnie obco, tak jakbym to nie ja je wypowiedział.

  • Ty i to twoje pozytywne myślenie…sądzisz, że jakie my mamy szanse? Nie ma dla nas miejsca na tym świecie. Nie ma dla nas przyszłości? Marzę o śpiewaniu, ale to mi się…to się…nigdy nie uda. A Robert? Tyle się uczył, a stracił pracę lekarza. Ty chcesz być pisarzem, tak? Ale nikogo nie obchodzi to, co piszesz, rozumiesz, nikogo to nie obchodzi! – krzyknęła i kilku Francuzów obróciło się w naszą stronę, ale dałem im znak dłonią, by poszli dalej.

  • Posłuchaj…

  • Nie chcę ciebie słuchać! Nic nie rozumiesz. – ukryła twarz w dłoniach i zaczęła mamrotać, tak że jej słowa stały się niezrozumiałe. – Myślisz, że…wszystko jest takie pewne. A jeśli nagle zachorujesz? Powiem ci coś…jestem chora. Bardzo chora. Za parę miesięcy zostanę przykuta do wózka inwalidzkiego.

Odsunąłem się od niej i delikatnie podniosłem do góry głowę. Poczułem, jak dreszcz przebiega mi po plecach. Ona majaczyła, na pewno majaczyła, musiała majaczyć, przecież nie mogło być inaczej.

  • Co ty mówisz? Ty… – jęknąłem.

  • To sama prawda. To bardzo ciężko choroba. Możliwe, że już za rok mnie nie będzie. – mówiła to chłodnym, obojętnym tonem, tak jakby rozwiązywała kolejne równania matematyczne. Nie mogłem znieść jej słów.

Byłem przerażony, jednak w głowie pojawiła mi się myśl, że Julia może nie mówić prawdy. Może to być tylko jej sposób na jeszcze większe zadręczenie się – lubiła niekiedy wymyślać kłopoty, które inaczej nigdy by nie zaistniały. Tak, musiała to wszystko wymyślić, musiała, musiała.

  • Czy to wszystko przez twoje problemy…te przed wyjazdem? – zapytałem z nadzieją, że może będę w stanie w jakiś sposób pomóc.

  • Wiele przeżyłam, Karol. Zawiodłam się na niektórych ludziach. Zostałam oszukana.

  • Jesteś moją najlepszą przyjaciółką – była to jedna z największych prawd mojego życia, gdyż nie wyobrażałem sobie tego świata bez niej. Powiedziałem jej to, ale ona westchnęła, tak jakby moje słowa ją zraniły.

  • Muszę umrzeć. To nie może się tak dalej ciągnąć…

Przytuliłem ją mocno.

  • A nasze wakacje? Czy nie są piękne?

  • Akurat…

  • Nie wierzę w to, co mówisz.

Nie potrafiłem jej w żaden sposób przekonać, po prostu nie miałem pojęcia, co powinienem dalej mówić. Byłem bezradny wobec jej zmiennych nastrojów i mogłem tylko mieć nadzieję, że jutro już będzie dobrze i obudzi się roześmiana jak zawsze.

To, czego oczekiwałem od jutra, spełniło się już po kilku minutach. Robert pojawił się nie wiadomo skąd, machając do nas ręką. Julia wstała, wytarła łzy i pobiegła do niego rozradowana, rzucając mu się na szyję. Robert mógł zobaczyć, że płakała, ale nigdy nie uwierzyłby, gdybym opowiedział mu o tym, co działo się przed chwilą.

Poszli razem do ogrodu, a ja zostałem jeszcze trochę na schodkach. Siedziałem tak, obserwując gwiazdy, podczas gdy łagodne fale obmywające plażę kołysały mnie do snu. Wewnątrz domu trwała impreza, lecz ja do niej nie należałem. Zbliżała się północ, miałem ochotę pójść do łóżka i zasnąć, zasnąć na jak najdłużej.

Zobaczyłem, jak delikatnie otwiera furtkę i stąpa na palcach w moją stronę. Zupełnie się nie zmieniła: ten sam czarujący uśmiech, jasne włosy i gałązka oliwna założona za ucho. Przyłożyła palec do ust, tak jakbyśmy tylko my oboje byli powiernikami jakiejś tajemnicy. Usiadła obok mnie, a ja nie byłem zdolny wypowiedzieć ani słowa.

  • Kolorowych snów – powiedziała i zrozumiałem wtedy, że jest to jej powitanie, tak jak inni mieli w zwyczaju, by mówić „hej” albo „cześć”. Nic nie mówiąc, obserwowałem ruch jej warg. – Już więcej się tutaj nie spotkamy. Posłuchaj. Kiedy wrócisz do domu, zadzwonię do ciebie i przedstawię się jako Laura. Spotkamy się, gdy wrócisz. Pamiętaj tylko, by odebrać. – uśmiechnęła się niewinnie, a ja pomyślałem wtedy, że mógłbym narodzić się tylko dla tej chwili, dla tego jednego uśmiechu, i byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. – Pamiętaj tylko, że nie będziesz mnie znać. Ani ja ciebie. Do zobaczenia. – powiedziała, a ja chciałem wstać i ją pożegnać, lecz mogłem tylko patrzeć, jak idzie w stronę furtki i otwiera ją, by zniknąć w ciemnościach nocy. – Czy wierzysz w cuda? – zapytała i wtedy zobaczyłem ją po raz ostatni.

Miałem wrażenie, jakbym już kiedyś przeżywał tę scenę – jakbym przeżywał ją wcześniej wiele razy. Zrozumiałem, że to musi być sen. Obudziłem się na schodkach domu, przecierając oczy ze zmęczenia. Henry podszedł do mnie, pytając „Ca va?” i odpowiedziałem mu „Oui, ca va”, po czym on dokądś poszedł. Ja dalej siedziałem na schodkach. A więc to była prawda. Zakochałem się w postaci z mojego snu. Nie mogłem w to uwierzyć. Przypomniałem sobie teraz dokładnie noc w La Garde – wyszedłem z kościoła i zmęczony usiadłem na jakiejś ławce, gdzie zasnąłem. Później obudziłem się i poszedłem szukać Roberta i Julii, wierząc, że przeżyłem naprawdę swój sen. Tak samo stało się teraz. Nie do wiary.

Następnego dnia obudziłem się w swoim łóżku około południa. Czułem, że moja głowa pękała od obrazów, które muszę zamienić w opowiadania, już zaraz, od razu, inaczej będzie za późno. Nic nie jedząc, ku zdziwieniu właśnie obudzonego Roberta, wyjąłem maszynę do pisania, włożyłem do niej kartkę papieru, zastanowiłem się chwilę, pragnąc poczuć całym umysłem świat moich bohaterów, i zacząłem głośno stukać. Co chwila rozlegał się dzwonek oznaczający dotarcie do końca strony, a ja pisałem bez przerwy, bez wytchnienia, i choć przestałem już wierzyć w istnienie Laury, opowiadanie, które napisałem, choć z początku gorzkie, było dowodem na to, że wcale nie przestałem wierzyć w istnienie miłości.

Mikołaj Wyrzykowski

(Nico Cigale)

Ciąg dalszy nastąpi

Aby zamówić tę lub inną moją książkę, wystarczy skontaktować się ze mną przez mikiotor@gmail.com lub Facebook.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *