Opowieść ciupagą kreślona – dzień 10

Na samym początku miałem zamiar pójść na ten szlak wraz z mamą, jednak gdy zobaczyliśmy czas przejścia (6,5 h) i wysokość szczytu, na który chcieliśmy razem wejść (powyżej 1800 m n.p.m.)  ostatecznie i publicznie mama zrezygnowała – w związku z tym rysowała się przede mną kolejna wycieczka z tatą, wycieczka na wyższe szczyty.

Chcąc być jak najszybciej na miejscu (z powodu Tour de Pologne, przez który część dróg jest zamknięta) do Kuźnic dotarliśmy kilkanaście minut po dziewiątej poszliśmy wygodnym chodnikiem w kierunku początku szlaku, do punktu poboru opłat. Na rozstaju dróg skierowaliśmy się w lewo, czyli do schroniska na Hali Gąsienicowej przez Boczań (1224 m n.p.m.). 
Kuźnice- Hala Gąsienicowa – Boczeń- Czarny Staw Gąsienicowy- Mały Kościelec- Karb- Dolina Jaworzynki- Kuźnice
Początkowo szło się nie tak bardzo stromym podejściem wśród lasu, po mniej niż godzinie wyszliśmy już na otwartą przestrzeń, by móc podziwiać wszystko to, co rozciągało się wokół nas (a trzeba powiedzieć, było co oglądać, bo szlak niebieski jest naprawdę widowiskowy). 
Lecz mimo wszystko po półtorej godzinnym podejściu ogarnęło nas lekkie zmęczenie i z utęsknieniem wypatrywaliśmy strzech drewnianych domków na Hali Gąsienicowej (1500 m n.p.m.). Jeszcze tylko jedno, dwa podejścia i za nimi już będzie… ale nie, nie schronisko, a kolejna górką, pod którą musimy się wspiąć.;)
Po zajrzeniu do przytulnego wnętrza drewnianego domku, przybiciu pieczątek i przerwie technicznej ruszyliśmy na Czarny Staw (ale nie ten pod Rysami, a Gąsienicowy), do którego według tabliczek pozostało nam jakieś pół godziny. 
 
Dość łatwą, wysadzoną kamieniami ścieżką szliśmy pomiędzy rozległymi, nisko położonymi gałęziami kosodrzewiny jeszcze krócej, niż nam mówiono – dzięki czemu mieliśmy więcej czasu na oglądanie jednego z najpiękniejszych widoków tych wakacji (a może i całego mojego życia). 
Zobaczyliśmy szlak prowadzący na Zawrat, majestatyczne szczyty wyrastające z ziemi za Czarnym Stawem (1624 m n.p.m), 
niekiedy posiadające małe zagłębienia, w których jeszcze nocował śnieg; Kościelec, który nam wydawał się wręcz nie do zdobycia (choć widzieliśmy ludzi wspinających się po jego skalistej grani) wraz z jego młodszym bratem i sięgającym równie wysoko Karbem (1853 m n.p.m), na które właśnie zamierzaliśmy się wspiąć.
Widząc momentami niczym nieubezpieczone podejście na widoczny z daleka Kościelec (2155 m n.p.m), postanowiliśmy, że wejdziemy jedynie na Mały Kościelec i Karb, znajdujące się prawie na tym samym wierzchołku. W końcu grzechem i hańbą jest być na Czarnym Stawie i nie spróbować swoich sił w podejściu na tamten szczyt…
Wielki sukces – nie bez problemów, ale w jakiś sposób udało nam się zwyciężyć starcie z górą i stanąć dumnie na jej szczycie – teraz trzeba jeszcze tylko zejść na dół, nie oglądając się już za siebie. Delikatnie badamy każdy, najmniejszy śliski kamień, uważając, by nasz kolejny krok nie było ostatnim przed poślizgnięciem się. Patrzymy w lewo: usiana kamieniami przepaść; w prawo: jeszcze większy i bardziej skalisty spad. Lawirujemy na wąskiej przełęczy, w której zdołałaby się zmieścić maksymalnie jedna osoba i bez względu na zmęczenie pniemy się dalej, wierząc, że już za chwilkę będziemy schodzić w dół. Wiadomo, że całkowicie wypoczęty wędrowiec, który wspiął się na wysoki szczyt nie poczuje tej satysfakcji płynącej ze zmęczenia i możliwości oglądania pięknych krajobrazów – jest jak kozica nie posiadająca skocznych nóg, nie mogąca uczestniczyć w swym żywiole…
Mieliśmy rację mówiąc, że lepiej dla nas nie wchodzić na duży Kościelec – przy samym wejściu powitała nas duża, czerwona tabliczka głosząca, że jest to niebezpieczny szlak, na który niedoświadczeni wędrowcy wchodzić nie powinni (pośrednio poprzez kamienie, które mogą spadać ze szczytu). Wybraliśmy więc drogę w dół, prowadzącą obok kilku ładnych stawów (również Zielonego) i stawików oraz wyciągu narciarskiego prowadzącego na Kasprowy Wierch. 
Przy okazji zdążyliśmy nabrać jakieś trzy butelki wody górskiej prosto z czystego strumyku, specjalnie po to, by również mama mogła jej spróbować. I nawet się nie obejrzeliśmy, kiedy już po godzinie tą trasą spacerową wijącą się po dolinie jezior i potoków dotarliśmy pod same drzwi Murowańca…
Siedzimy przy grubym, drewnianym stole, powoli dużą łyżkę z pyszną zupą i przegryzając ją pajdą chleba. Nad naszymi głowami na czarnych sznurach wiszą przykuwające uwagę również drewniane żyrandole, otaczają je  silne, rzeźbione w ludowe wzorki belki. Wpatrujemy się w innych zajadających ludzi, przygotowujących się do dalszej wędrówki. Z ciekawością spoglądamy na stojący przy recepcji tłum ludzi i zawiniętą niczym ogon u świni kolejkę, gdzie ludzie wykrzykują nazwy potraw i szybkim krokiem zmierzają po odbiór. Słyszymy radosnych Hiszpanów, głośno śpiewających jedną ze swoich radosnych pieśni i wprawiających wszystkich zgromadzonych w środku w dobry nastrój. Cieszymy  się z tego, co widzimy i czujemy: duchoty, głośności, kręcących się wokół nas ludzi, ogólnej krzątaniny i zlewających się ze sobą głosów – bo właśnie dzięki temu czujemy, że jesteśmy w prawdziwym, górskim schronisku.
Jako że nie lubimy nigdy wracać tą samą drogą, po zjedzeniu obiadu i krótkim podejściu pod górkę postanowiliśmy na rozstaju szlaków wybrać ten prowadzący do Doliny Jaworzynki, której jeszcze odwiedzić nie zdążyliśmy. Wysadzone twardymi kamieniami zejście ze szczytu zajęło nam całą godzinę, po którym nasze obolałe podeszwy musiały odpocząć nim ruszymy w dalszą trasę, prowadzącą już szlakiem spacerowym. Gdy po zejściu z dna doliny do stworzonego z rozłożystych koron drzew leśnego tunelu ujrzeliśmy na jego końcu światło, wiedzieliśmy już, że jesteśmy prawie u celu. Przeszliśmy koło budki poboru opłat za wejście do Tatrzańskiego Parku Tatrzańskiego, by potem oglądnąć dawne zdjęcia w galerii traktującej o górskich wyprawach i na końcu usiąść na ławce obok kilku dorożek, w oczekiwaniu na mamę dając chwilę odpoczynku naszym zmęczonym nogą i wspominając naszą wędrówkę. 
Jednym z powodów, dla których wchodzimy na góry, jest satysfakcja płynąca ze zdobycia danego szczytu. Największą satysfakcję czujemy jednak dopiero, gdy zejdziemy na dół, spoglądając wyrastający z ziemi skalny masyw, który przed chwilą zdobyliśmy – podziwialiśmy piękne widoki ze szczytu tego cudu natury, lecz teraz jesteśmy już na dole, w bezpiecznym miejscu, gdzie jeden krok w bok lub osunięcie się stopy nie oznacza zamienienia się w górskiego ptaka…
Mikołaj „Mikiotor” Wyrzykowski
wydarzyło się 05.08.2011
napisane: Polska, Rzepiska, 5.08.2011

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *