„Lot łabędzia”

Och, jak się cieszę, że cię widzę. Naprawdę. Tyle czasu minęło…ale co ty tutaj robisz? Nie, przecież mówiłem, że się cieszę. Jestem po prostu ciekaw. A więc tam teraz mieszkasz…daleko….strasznie daleko. Szkoda, że się nie kontaktowaliśmy. Odległości zabijają, co zrobisz.

Paskudna dziś pogoda, prawda? Okropna. Taka angielska. Nie, nigdy nie byłem w Anglii, ale to angielska pogoda. Wiem to. Popielate niebo, nieprzyjemny, chłodny wiatr, wieje i wieje, a do tego ten deszcz…Rano było prawie dobrze…zawsze jest prawie, ciągle prawie. To nie do wytrzymania. Ale jakoś dotarłem na przystanek. Słuchałem muzyki, to mi pomogło. Też czekasz na autobus? Aha, ale to przecież w drugą stronę! Mówisz, że masz jeszcze czas? No dobrze. Nie stój tak, chodź pod dach. Nie ma nic fajnego w moknięciu. Nie teraz. Chodź, pogadamy trochę.

Wiesz, lubię patrzeć na przejeżdżające samochody. Zwłaszcza dziś, kiedy tworzą fontannę wody z kałuży. Tak, lubię na to patrzeć: oczywiście, jeśli woda mnie nie dosięgnie. Czekam na ten autobus i czekam, a dziś chciałem być szybciej…jaki mamy dzień? Ach, no tak, sobotę. To dobrze. Ale jesteś pewien? Skąd wiesz, że dziś sobota? Powiedzieli ci, tak? Zabawne. I ty im uwierzyłeś. Co za kabaret. Więc dziś sobota. Musi być sobota. Potrzebuję jej. Wczoraj uczyli mnie, jaka ma być moja przyszłość, a ja wcale nie myślę o przyszłości – myślę tylko o jutrze. Dobrze, że dziś sobota.

Co u ciebie słychać? U mnie dobrze, w porządku, nie wiem tylko, co robić, oprócz ciągnięcia dalej tego snu. Opowiadaj, opowiadaj…chłonę wszystko jak gąbka. Mówisz, że codziennie o niej myślisz? Tak, pamiętam to…pewnie jeszcze masz do mnie żal. Możesz mnie uważać, za kogo chcesz. Albo za nikogo. Po prostu nie chciałem być sam. Tu nie chodziło o nią. Nie chciałem być nikim. Teraz mam wielkie marzenie, które boję się spełnić. To niebezpieczne. Nie mogę ci więcej powiedzieć…

Rozumiesz, pewne rzeczy się nie zmieniają…A my musimy być wolni, wolni jak ptaki. Hmm… Codziennie, mówisz? Czym jest dla ciebie codzienność? To przeskakiwanie od sceny do sceny z nadzieją, że będzie tak w nieskończoność. Drogi, którymi sądzimy, że powinniśmy chodzić. Tak mało rozumiemy. Spacerujemy po starym, pełnym tajemnic zamku, którego większość komnat jest zamknięta, z wywieszoną na drzwiach tabliczką : „tylko dla personelu”. Gdzie jest ten personel? Przepraszam, zaczynam gadać bez sensu…Chociaż może tylko gadanie bez sensu ma teraz jakiś sens. Dla mnie codzienność jest jeżdżeniem autobusem. Co? Sądzisz, że jak mówię „autobus”, to naprawdę mam na myśli autobus? To by było nudne. Nierzeczywiste jest najbardziej rzeczywiste. Nie, proszę, nie martw się o moje zdrowie – ja tylko za dużo ostatnio śniłem. Nie jestem dobry w śnieniu. Oszaleć można, wierz mi.

Dlaczego ciągle patrzysz na zegarek? Spokojnie. Wiem, że robię to samo, ale…dobra, sam nie wiem. Zresztą…o, słońce wychodzi! Jak pięknie. To będzie dobry dzień. Tak tak, wszystko bierze się z głowy, zawsze mi to powtarzałeś…byle w głowie się nie kończyło. Czy to…znowu zaczyna padać! Co za pogoda! Zobacz, jedzie mój autobus! W końcu! Poczekaj jeszcze chwilę, poczekaj, dokąd jedziesz? Tam? Przecież ja też tam jadę! Tylko mi się zdaje? Nie wierzę ci…ale do zobaczenia! Moglibyśmy jeszcze porozmawiać, chociaż, no tak…Doskonale to rozumiem. To przecież tylko gra. Oczywiście.

Jedźmy więc – w inne strony, by osiągnąć ten sam cel.

Anastazy Abrakadabra ( Mikołaj Wyrzykowski)

25.03.2014

 Czy to opowiadanie? Raczej impresja, improwizacja. Rozmowa, być może. Bardzo deszczowa. Bardzo autobusowa. I nie jest to inspirowane Londynem, wbrew pozorom – to raczej efekt dzisiejszej, angielskiej pogody.

rose1-1