Opowieść ciupagą kreślona- dzień 5

Jeszcze sobie słodko spałem, kiedy drzwi pokoju nagle się otworzyły i wparowali do niego rodzice, nawołując do błyskawicznej pobudki.
        Wstawaj, nie ma czasu! Musimy szybko jeść śniadanie i pędzić do kościoła! – mówili, wymachując rękami.
        Dobrze, dobrze, poczekajcie, już wstaję.- odpowiedziałem na wpół przytomny, nie do końca orientując się, o co chodzi.
Dopiero człapiąc na dół po schodach zdałem sobie przecież, że dzisiaj jest już niedziela.  Już po chwili z rozmowy przy stole dowiedziałem się, czemu tak się śpieszymy. 
Wczoraj pytaliśmy się gospodarza, o której będzie msza – powiedział, że po dwunastej. Ucieszyliśmy się, że będziemy mogli dłużej pospać, a potem pochodzić po malowniczej (choć jeszcze mokrej) okolicy. Dzisiaj jednak mama spotkała zmierzającą w kierunku kościoła starszą kobietę, która oznajmiła, iż teraz msza będzie wyjątkowo o ósmej, jako że odbywa się festyn w Jurgowie, a do tego ksiądz musi sobie poradzić z „obsługą” trzech pobliskich kościołów w jednym dniu. A więc, choć nadal zaspani, musieliśmy się ostro spieszyć…
Drewniane ściany z całych sił podpierają grube belki, z których złożony jest strop i cicho stękają, swym skrzypieniem próbując nie zakłócić wypowiadanych przez księdza słów. Trzy postawione na ołtarzu świece migocą radośnie, jednocześnie jakby mówiąc „Patrz na mnie, patrz na mnie…”. Przedstawiające świętych, luźno powieszone na ścianach obrazy wraz z pilnującymi ołtarza figurami aniołów zdają się spoglądać uważnie na wiernych, nakłaniając do myślenia nad tym, co przeżywają. Podłoga nieśmiało zastanawia się w duszy, czy pod naporem tylu zgromadzonych tu ludzi nie powinna się zawalić…
Powietrze przeszywa dźwięk głośnych dzwonków. Wszyscy ludzie równo padają na kolana, ich wzrok utkwił na ołtarzu. Ksiądz podnosi wysoko biały opłatek, później złoty kielich. W tej chwili cisza wyłania się powoli z murów świątyni i przejmuje głos, nachylając się nad nami i szepcząc subtelne słowa do uszu…
Po przyjściu z kościoła napiliśmy się kawy (a ja świeżego, wiejskiego mleka prosto od krowy;) i, jako że jeszcze deszcz nie zaczął padać (a na to się zanosiło) wybraliśmy się na krótki spacer po Rzepiskach. Było mokro i pochmurno, więc nie mogliśmy ani wejść na jakieś wyższe, trawiaste pagórki, ani podziwiać wznoszących się na horyzoncie Tatr. Ale wystarczył nam klimat tej małej wioski, obraz specyficznie pobudowanych, wysokich, góralskich domków, żujących trawę i co jakiś czas wydających z siebie głośne muczenie krów, zamkniętych w zagrodzie kilku młodych owiec. Niestety, kiedy wspięliśmy się już dość wysoko, wszystko, co wyglądało jak pomalowane zmył deszcz, sprawiając, że musieliśmy narzucić kaptury na głowy i plączącą się wśród małych górek asfaltową dróżką wrócić do domu. Tam był czas na namyślenie się, co dalej robiliśmy. Ustaliliśmy, że jeśli jutro pogoda nie będzie brzydka, pójdziemy nad Morskie Oko – ale mniejsza o jutro, jak mamy wypełnić nasz dzień? Przypomnieliśmy sobie ogłoszenia na mszy, podczas których ksiądz mówił, że dzisiaj będzie festyn w Jurgowie, podczas którego będzie przejście orkiestry. Festyn? Czemu nie – w końcu jesteśmy znani z tego, że uwielbiamy takie ludowe wydarzenia w małych miasteczkach. Mają w sobie niezwykły, niespotykany nigdzie indziej urok…
Na miejsce przyjechaliśmy w sam raz, bo gdy tylko wysiedliśmy z samochodu, pochód rozpoczynał swoje przejście po ulicach miasteczka. Podobnie jak wielu innych, stojących na poboczach ludzi dołączyliśmy się do tego radosnego towarzystwa, swymi krokami naśladując wybijany przez bębny rytm. Zaraz dołączyły do nich talerze, później puzony, trąbki, saksofony… i orkiestra zaczęła na dobre swoją grę. Nie wiem, jakie były odczucia pozostałych ludzi, ale ja osobiście byłem pod wielkim wrażeniem muzyków, których słychać było chyba jeszcze na drugim końcu miasteczka. W każdym razie coś interesującego musiało ich przyciągnąć, skoro dotarli z „dmuchaną” orkiestrą aż do samego amfiteatru…
Na miejscu jedynie posmakowaliśmy (prze)pysznych góralskich podsmażanych kluseczek posypanych bryndzą i już się stamtąd zmywaliśmy – w końcu chcieliśmy jeszcze zjeść obiad, a po posileniu się ruszyć na Mikołajczyną Skałkę (czegoś takiego nie mogłem przegapić 😉 i zdobycie zamku w Niedzicy i ruin w Czorsztynie.
Wyprowadzenie nas w pole przez GPS-a wyszło nam wszystkim jednak na dobre – pośród tych wąskich, wyboistych i prawie gruntowych dróżek odnaleźliśmy kolejny mały, drewniany kościół, należący do grona tych, które w górach niezwykle nas fascynowały. 
Teraz nie pamiętam już nawet, pod jakim był wezwaniem – najważniejsze, że posiadał swój piękny, bardzo specyficzny urok. Nie chcieliśmy nawet wychodzić z tego zgromadzenia obrazów, malowanych może bez niepotrzebnej szczegółowości, lecz przyciągających właśnie ze względu na swą odmienność. Nie chciały nas puścić bardzo stylowe, rzeźbione konfesjonały i kropielnice na tyle piękne, że podobnych nie widzieliśmy nawet podczas podróży do Włoszech. Takie rzeczy spotyka się jedynie w polskich górach.
Kiedy na parkingu w Niedzicy otworzyliśmy drzwi naszego samochodu, ściana deszczu zdążyła już całkowicie zniknąć, odsłaniając jedynie lekko zachmurzone niebo i przysłonięte przez powoli rozpraszającą się mgłę wieże pochodzącego z XIV w. zamku w Niedzicy. Początkowo był on warownią leżącą na granicy Polski i Węgier, do których właśnie należał, jednak już po I wojnie światowej wkroczył na nasze terytorium. Ciekawostką jest, że podobno w końcówce XVIII w. Rezydowali tu Inkowie, po których odkryto tutaj fragment pisma węzełkowego, po odczytaniu mającego prowadzić do schowanego gdzieś w okolicy skarbu (miał on być wykorzystany w powstaniu przeciw Hiszpanom).  Do wnętrza jakoś nie mieliśmy ochoty wejść – wystarczała nam masywna, postawiona na skalistym zboczu bryła zamku o kilku  szarych, niknących we mgle wieżach. Może dzięki temu właśnie, że nie weszliśmy, poznaliśmy ciekawą i po części podobną do nas osobę, przez którą dzisiejszy wyjazd w te rejony stał się tak niezwykły…
Fot. Na gajdach podhalańskich uczy nas grać Marcin Żarnecki
Ciekawe dźwięki instrumentu słychać już z kilkunastu metrów, lecz dopiero po chwili dostrzegamy, kto je wydobywa. Mężczyzna stoi na blokującej przepływ wody tamie, za nim majaczy we mgle zamek w Niedzicy i czorsztyńskie ruiny. Cicho śpiewa i gra… no właśnie, na czym on gra? Nie na kobzie (w końcu to instrument strunowy), nie na dudach…
– Na gajdzie.- odpowiada- To taki znany w tych rejonach instrument, wykonany z długiego, !!! rogu, którym wydostaje się na zewnątrz dźwięk i wypełnianego powietrzem worka stworzonego z koziej skóry. Jest podobny do szkockich dud, ale zamiast dmuchać we ustnik fletu, pracuje się umieszczonym pod pachą miechem.
        My też jesteśmy muzykami, ale nie tutejszymi, choć przyjechaliśmy w góry z gitarą i harmonijką.- odpowiada mama.
        A, to wspaniale! Macie je w samochodzie? To chodźcie szybko i przynieście, zagramy coś razem…
        Nie, niestety nie… ale możemy spróbować zagrać na gajdzie? Nigdy na czymś takim nie graliśmy, a kiedyś już na dudach chcieliśmy nauczyć się grać.
        No jasne, że możecie. Zaraz pokażę wam jak.- odparł zachęcająco i po kolei poinstruował, jak mamy założyć instrument.
To było niesamowite uczucie. Grałem na czymś nowym, co dodatkowo wydawało się dla mnie zupełnie abstrakcyjne –  a do tego spodobało mi się to na tyle, że aż nie chciałem oddawać gajdy i poznawać ją dalej…
Mężczyzna powiedział, że wcześniej grał już w różnych zespołach, uczył się na niej jedynie trzy tygodnie – i z marszu zaprezentował nam swoje nieprzeciętne umiejętności. W tym momencie nie patrzeliśmy gdzieś daleko, nawet nie spoglądaliśmy na niecodzienną zmyłkę zaprezentowaną na tamie, która z malowidła na podłodze tworzyła trójwymiarową dżunglę i przepaść, do której każdy z nas mógł wpaść. 
Utkwiliśmy tylko wzrok w muzyku, na tle zamku w Niedzicy zwinnie poruszającego palcami po dziurkach gajdy, dźwiękami naśladującej nasze niespokojne oddechy. Otworzyłem szeroko oczy, zdając sobie sprawę, jak wielką moc ma muzyka i ciesząc się, iż jakiś rok temu zacząłem ją szerzej odkrywać, grając na różnych instrumentach. Bez niej przecież byśmy właśnie tego, w tej chwili nie przeżyli. Gdybym mógł otworzyć wtedy usta, wypowiedział bym trzy prawdy, które kotłowały mi się w mózgu, przesądzając o niepowtarzalności dzisiejszego dnia.
Muzyka łączy. Muzyka rozwija i ubogaca. Muzyka otwiera…
Mikołaj „Mikiotor” Wyrzykowski
Niedzica 31.07.2011

 

Dodatki:
Jako że przewodnik bez opisywania faktów historycznych, ciekawostek i udzielania różnych porad jest jak krowa, która nie daje mleka (czyli zupełnie bezużyteczny) postanowiłem w moich tekstach właśnie takie dodatki, które po prawdzie są fundamentalną podstawą, umieścić.
Co musisz wiedzieć o…
Zamku w Niedzicy
Na początku XIV wieku zamek został wybudowany przez Rykolfa Berzeviczego, pochodzącego ze Strążek kolonizatora węgierskiego – wcześniej w tym miejscu stała prawdopodobnie budowla obronna. Jako strażnica na granicy polsko-węgierskiej przez wiele lat przechodziła w różne ręce – tym co pozostawało niezmienne, było to, że cały czas w swym posiadaniu mieli ją Węgrzy. Na terytorium Polski znalazł się dopiero po I wojnie światowej, jednak naszą własnością stał się jeszcze później, bo w roku 1945.
Na tle zamku Dunajec (bo tak właściwie się on nazywa) kręcono zdjęcia do takich filmów jak Wakacje z duchami, Zemsta czy Janosik. Filmowcom i nam ponoć ukrytego tutaj przez Inków skarbu, o którym pisałem już wcześniej, odnaleźć się nie udało. Kto wie, może innym razem? 😉

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *