Opowieść ciupagą kreślona- dzień 12

Powoli otwieram powieki, rozcieram oczy, by obraz świata z delikatnie przymglonego stał się dla mnie całkowicie wyraźny. Lekko podnoszę się na łokciach i zwracam głowę w stronę okna, by przekonać się, jakie rozpoczęcia wybrała pogoda dla tego poranka. Następuje euforia… Słońce! Piękna pogoda, niebo bez chmur, słońce ponownie świeci! To aż niemożliwe – tak wspaniała pogoda przez cały tydzień. I co, na jaki szlak dzisiaj wyruszamy? Przecież nie możemy tego zmarnować… Chyba trzeba pójść na jakiś wysoki szczyt, zobaczyć pełnię uroku gór, z których ten dzień odegnał wszelką mgłę i chmury – Giewont, Nosal, Kasprowy… Rysy? Wstaję szybko, podekscytowany tym, co mogę dzisiaj przeżyć, lecz po chwili znowu padam na łóżko i przykrywam się kołdrą. Niedziela! Przecież dzisiaj jest niedziela, ostatnia niedziela naszego pobytu w górach! Zostało nam tylko pakowanie i monotonna jazda do domu – nie będzie żadnego wspinania się na góry, zdobywania szczytów, podziwiania pięknych widoków, picia orzeźwiającej wody prosto z górskiego potoku. Nie tym razem panowie, nie, nie…

Powrót podróżników
Ale jest też mnóstwo rzeczy, które wychodzą tego dnia na wielki plus. Dzisiaj po przyjeździe do domu będę mógł dzielić swoją radość z kochanymi psami, przeżyć tak wyczekiwany moment, kiedy ponownie zagram na pianinie, a po drodze przecież jeszcze wstąpimy do Wadowic i na Jasną Górę. Właśnie dzięki tym pozytywnym myślom zaczęliśmy się czym prędzej pakować (zdążyłem nawet pobrzdąkać „Schody do Nieba” na gitarze), zjedliśmy śniadanie i pożegnaliśmy się z gospodynią domu, zapewniając, że to miejsce było tak miłe, iż możemy tu przyjechać jeszcze przynajmniej raz. Wsiedliśmy do samochodu, a jako że dzisiaj jest niedziela, skierowaliśmy nasze opony ku kościołowi w Jurgowie, gdzie chcieliśmy być na mszy.
Ludzie patrzyli na nas wielkimi oczami i byli naprawdę zdziwieni, kiedy weszliśmy na teren kościoła z Dilalą (oczywiście na zewnątrz, wprowadzenie psa do środka byłoby już, szczerze powiedziawszy, lekką przesadą). Lecz my, mimo wielu rzucanych w nas ciekawskich spojrzeń po skończonej mszy spokojnie wsiedliśmy do samochodu i wraz ze smacznie drzemiącą Lalką odjechaliśmy w kierunku Wadowic.
Collie: DELILAH Grenwood FCI – nazywana Dilalą, Lalką
Na miejscu byliśmy, kiedy piękna pogoda miała swoje dzisiejsze apogeum (były aż 32 stopnie). Chcieliśmy to zrobić ze względu na to, że nasze zdjęcia z miasta Ojca Świętego po prostu dostały nóg ( skrzydeł, czy jeszcze czego innego) i bez zapowiedzi czy większego powodu sobie uciekły i to na tyle daleko, że złapać ich nam się niestety nie udało. Nie ukrywam też, że był jeszcze jeden, ważny powód – chcieliśmy ponownie rozkoszować się smakiem wadowickich, papieskich kremówek, które najbardziej polubiliśmy (a testowaliśmy dwa miejsca) w cukierni „u Lenia”, gdzie są prawdziwe, z cięższym kremem, o wiele lepsze niż gdziekolwiek indziej.). Ale nie róbcie ze mnie żarłoka, który myśli tylko o jedzeniu – choć kremówki robią tu chyba najlepsze na świecie, to nie tylko cukiernie są w tym mieście najbardziej oblegane…
Po raz drugi pomodliliśmy się w wadowickiej katedrze,  była chwila, by popatrzeć, jak robotnicy remontują rynek i dom bł Papieża Jana Pawła II (wielu Włochów również było z tego niezadowolonych) i cóż więcej pozostało nam tu do zrobienia – trzeba było wsiąść w samochód i pojechać dalej, ku Częstochowie i cudownemu obrazowi Matki Bożej czuwającej nad całym krajem ze swojej kaplicy na Jasnej Górze.
Na rozpoczęcie naszej wycieczki robiliśmy to samo, więc i będąc już u jej zakończenia również przeszliśmy się ścieżką koło posągów przedstawiających wszystkie tajemnice różańca (niestety mieliśmy zbyt mało czasu, by go odmówić), weszliśmy do wnętrza Sanktuarium, gdzie w niedzielę był cały czas odsłonięty obraz Matki Bożej Częstochowskiej z dwoma śladami po cięciach nożem na policzku. Z nowych rzeczy, które poznałem był tylko Wieczernik. Udało nam się również wrzucić karteczki z podziękowaniami i prośbami do Matki Bożej, a gdy przybiłem kolejne kilka pieczątek podróżnika do kolekcji w moim kalendarzyku – ruszyliśmy dalej, kierując się już prosto w stronę domu.
Zatrzymaliśmy się jeszcze przed Łodzią, gdzie wszyscy (łącznie z Dilalą, która zdążyła jeszcze poznać nowego psa-przyjaciela) postanowiliśmy się porządnie najeść, by nie paść z głodu podczas podróży powrotnej. Co ciekawe, właśnie podczas zbliżania się do Łodzi nasz GPS odzyskał przytomność i złapał sygnał, wskazując nam znaną nam na pamięć drogę, którą mieliśmy podążać. Wcześniej, kiedy byliśmy bliscy zagubienia się, nawet nie drgnął, by nam coś powiedzieć. Nie wiem, czy ktoś zestrzelił mu satelitę, czy źle wkręcił w niej śrubkę. Teraz udało mu się to naprawić. akurat  kiedy w Łodzi zaczynało się robić coraz ciemniej, na tyle, że GPS mógłby z łatwością przybrać tryb nocy…
Nie, to nie była jeszcze noc. To jej mroczny duch przechadzał się właśnie ulicami miasta, samym oddechem niepostrzeżenie zabarwiając chmury na czarno. Były okropnie ciekawskie. Chciały zwiedzić każdy zakątek miasta, nadać każdej ulicy swoje zasady życia, przeniknąć do każdego domu, stojącego w korku samochodu. Opanowywały miasto, nie zamierzały się pytać, czy i my chcemy być ich najbliższymi przyjaciółmi, po prostu były wśród nas – wszędzie.
Latarniom rozbłysły oczy, samochody również świeciły swoimi światłami, które wskazywały im, którędy mają jechać. Nastał mrok, lecz z pewnością nie był to mrok nocy. Było to coś gorszego – mrok wielkiej burzy, która objawiała się zgromadzonego nad Łodzią siedliska chmur, coraz bardziej oplatającego to miasto swymi wręcz czarnymi, nieprzeniknionymi mackami…
I stało się – lekki deszczyk delikatnie rozpoczął odliczanie do potężnej burzy, która już lada moment miała nastać. A my byliśmy w samym jej środku. Kilkanaście metrów za ustawioną wzdłuż drogi ścianą walnął piorun. Wzdrygnął nami, wszyscy poczuliśmy go wręcz na własnej skórze. Najmocniejsza błyskawica, jaką w życiu widziałem uderzyła w ziemię tak blisko mnie, jak nigdy wcześniej. Ot tak, po prostu, jakby chcąc dostarczyć jeszcze lepszych wrażeń w tym szalonym, mrocznym cyrku. Dobrze, że nie wybrała nas jako gwoździ programu swego przedstawienia…Brrr.
Jechaliśmy w napięciu, spoglądając na wycieraczki wyraźnie nie mogące nadążyć za padającym coraz szybciej deszczem. Było zbyt ciemno, by w jakiś ciekawy sposób zająć czas podróży, obawialiśmy się pioruna, który lada moment może uderzyć gdzieś niedaleko, więc zastygliśmy, zupełnie się nie ruszając – tak czarnych chmur jeszcze nie widziałem nigdy. Nie chcę nawet wiedzieć, co się wydarzyło, gdy my się oddalaliśmy i zdążyły zerwać się z trzymających je łańcuchów. A sięgały daleko poza samą Łódź – na tyle, że miarę naszego zbliżania się do domu ta spowodowana nimi szarość wcale nie rozproszyła się, a jedynie płynnie przemieniła w zapadający wieczór…
Wszyscy okropnie się cieszyli, kiedy w końcu udało nam się dotrzeć do domu. Delilah witała się z naszymi pozostałymi psami, czym prędzej opowiadając im wszystkie historie, jakie przeżyła. My odpieraliśmy ich radosne ataki, wcale nie chcąc, by ich przestawały. I tak nie było, bo Nebra, Bliska, Karek i Drimka jeszcze przez długi czas miło się do nas przytulały i zachęcały do ich głaskania, a ich oczy pokazywały wyraźnie, jak bardzo tęskniły za nami.
Otworzyłem drzwi, wszedłem do domu i cały czas witając się z psami, od razu usiadłem przy pianinie. Przy delikatnym „Dla Elizy” nieśmiało wypływającym spod klapy instrumentu przypomniałem sobie słowa, które niegdyś wypowiedział bł Papież Jan Paweł II, jak sądzę, pasujące niezwykle do całej tej naszej górskiej wyprawy: „Nie wystarczy przekroczyć próg, trzeba pójść w głąb.” 
Tak samo właśnie jest z górami. Nie wystarczy tylko być w górach i jedyne, co robić, to spoglądać na nie z balkonu. Nie wystarczy też być w Zakopanem i chodzić po Krupówkach, jak i po tych „wielkich” i pięknych, choć pełnych turystów szlakach. Trzeba poznać nowych, ciekawych ludzi, odkryć coś niezwykłego i przejść się tymi mniej uczęszczanymi, lecz często równie pięknymi szlakami, by poznać prawdziwe oblicze polskich Tatr. Potrzebne też są przeżycia duchowe, jak i przygody których nie zapomni się przez całe dalsze życie, choćbyśmy mieli ich w nim jeszcze dużo, dużo więcej (o czym chyba marzy każdy z nas).  
Mikołaj „Mikiotor” Wyrzykowski
wydarzyło się 07.08.2011
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *