O pozytywnych wariatach

Tak po prostu jest, sami rozumiecie. Rodzisz się jako ty, nie kto inny, ta wyjątkowa, niepowtarzalna osoba i masz do przejścia swoją drogę. Rodzisz się w konkretnym miejscu, spotykasz te, a nie inne osoby. I żyjesz w rodzinie. Życie rodzi życie. Nie wiem, jak to jest, że znalazłem się właśnie tutaj, ale czuję, że chyba mam jakąś misję do wypełnienia. Oraz dług wdzięczności. Za życie.

Byłem kiedyś na pewnym spotkaniu – występował tam raper, który na końcu zachęcił wszystkich, by nagrodzili Boga oklaskami z ten dzień, tak mocnymi, jak sądzą, że na to zasługuje. Były długie owacje na stojąco. To, co robię z mamą i tatą, co robimy jako rodzina, wszystkie szaleństwa, na które się porywamy – są właśnie takimi owacjami na stojąco.

Mama z tatą poznali się podczas podróży, pielgrzymki do Włoch: przyjaciele mówią, że to naprawdę piękna historia. Tata zawsze stawiał przede mną wyzwania – ośmielał mnie do plaży, mówiąc, że to wcale nie jest takie złe, że piasek wchodzi między palce i że wcale nie trzeba wszędzie chodzić w skarpetkach. Szalał ze mną na największych falach, a gdy jechaliśmy w góry, zabierał na wysokie szczyty, po których ledwo mogłem ustać na nogach – mama nie wspinała się z nami, siadała wtedy na ławce i czekała. Kształtowała mnie jako artystę. Uczyła pisania, czytania. Pokazywała różne szanse. Do dziś to ona organizuje nasze wyprawy, potrafi znaleźć w Internecie takie ciekawostki, o których innym podróżnikom się nie śniło. A poza tym uwielbia tłuc talerze, śpiewać i tańczyć. Niektórzy mówią mi, że mam dziwną, szaloną rodzinę. To prawda. Dziadek jest „kombinatorem”, z którym wiele majsterkowałem, a teraz pasjonujemy się robieniem zielonych koktajli (czasem odważam się na to, by przynieść je do szkoły). W ostatnie niedzielne popołudnie, przy kawie przeczytałem swoje krótkie opowiadanie i zaczęliśmy rozmawiać o wieczności i wyższości miłości nad życiem. Niesamowite. Co za rodzina. Owacje na stojąco.

Dwa lata temu zacząłem oglądać dużo filmów, prawie codziennie i zacząłem niemal żyć w ich świecie. Pamiętam scenę w „Tańczącym z wilkami”, kiedy Indianie nadają imię głównemu bohaterowi. Nie jest to jakieś pusto brzmiące słowo, ale coś pełnego, zawierającego w sobie całą jego osobę. Jest przeznaczone tylko dla niego. Po napisach końcowych usiedliśmy razem przy kawie i nadaliśmy sobie imiona: Królowa Rudych Smoków, Skaczący po Falach i Wchodzący po Schodach. I zaczęliśmy podróżować.

W 2012 roku wyjechaliśmy do Włoch. Nie była to jednak zwykła wyprawa – nie zarezerwowaliśmy miejsc w hotelach ani nic podobnego. Sprzedaliśmy za to nasz samochód i kupiliśmy campera. Zabraliśmy ze sobą trzy nasze psy, owczarki szkockie collie. Wypiliśmy filiżankę kawy na drogę i pojechaliśmy na dwa tygodnie do Włoch.

W tym samym roku wydałem „Opowieści z Sosnowego Lasu”. Rok później wyszła książka podróżniczo-przygodowa z naszej wyprawy do Włoch, „Kudłacze w Podróży: Włochy na trzy collie”. I wyruszyliśmy do Prowansji. Na prawie całe wakacje. „Wkurzacie mnie, naprawdę” – powiedział ktoś – „Dwa miesiące urlopu…”. W tym czasie prowadziliśmy audycje w Radiu Kielce, relacjonując naszą podróż. Zacząłem też pisać opowiadania inspirowane Francją.

P1270671-KwP

Są takie słowa w Liście do Rzymian: „Bóg z tymi, którzy go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra”. W jakiś niezwykły, trochę niewytłumaczalny sposób wciąż spotykamy mnóstwo osób, które są z nami, pomagają nam. Dzieją się rzeczy, o których wcześniej nawet byśmy nie pomyśleli. W nadchodzące wakacje również wybieramy się do Francji, by zrealizować projekt „France avec Passion”, rozmawiać z artystami, pasjonatami i zwykłymi ludźmi, odkrywać prawdziwą duszę Francji. Ktoś mógłby powiedzieć: to niemożliwe. Myślę jednak, że my sami wybieramy, co jest możliwe, a co nie. Świat jest wielki, a życie jest czymś więcej. Lubię to, że fałszuję podczas śpiewania, mama tłucze talerze, a tata potrąca camperem skutery, które spadają jak domino. Lubię podróżować. Gdyby ktoś mi powiedział, że jutro mam szansę lecieć do Bangkoku, poleciałbym. Tak to po prostu jest, sami rozumiecie. Urodziłem się jako ja, nie kto inny, mam jedno życie i chcę je dobrze wykorzystać. Jestem tu i teraz, nie gdzieś indziej i kiedyś. I podróżuję. To najważniejsze. Podróżuję. Robimy to jako rodzina. Podróżujemy.

Mikołaj Wyrzykowski

15.06.2014

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *